20 listopada 2012

8. Berlin. Choinki, gwiazdki, grzane wino i Hasselhoff

          W związku z tym, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia  i Sylwester, a w Niemczech  kolorowy świąteczny szał rozpoczął się zaraz po tym, jak z wystaw sklepowych zniknęły halloweenowe dynie, pomyślałam, że pora na zimowego, sylwestrowego posta. Relacja nie jest długa, bo nie był to wyjazd, podczas którego skupialiśmy się jakoś szczególnie na zwiedzaniu.

           Sylwestrową noc, spędzaliśmy w ostatnich latach razem z D, poza miastem. Odwiedzaliśmy stolice europejskie, takie jak Praga, Berlin, Wiedeń czy Budapeszt. Były to jednodniowe wypady,  a Nowy Rok witaliśmy razem z mieszkańcami oraz innymi turystami, na rynku głównym. W przypadku Berlina był to plac przez Bramą Brandenburską. Właśnie w Berlinie, w 2010/2011 roku, odbywała się jedna z największych imprez sylwestrowych na świecie. 


           Ludzi było na prawdę dużo, bo aż ponad milion. Pod Bramą Brandenburską rozstawiona była scena, na której odbywały się koncerty znanych artystów i DJ-ów. 350 stacji krajowych i międzynarodowych transmitowała relację na żywo. Gdzieś ciągle po scenie kręcił się współprowadzący, coraz bardziej podchmielony David Hasselhoff, a w przerwie pomiędzy jednym koncertem a drugim, puszczana była jego piosenka (jedyna jaką kiedykolwiek zaśpiewał) "Looking for Freedom". Cały ten wyjazd kojarzy nam się głównie z tym utworem.


My jednak nie ustawiliśmy się od razu pod sceną. Poszwędaliśmy się po okolicy, odwiedziliśmy Weihnachtsmarkt, wypili Glühwein (mieliśmy też w termosiku swój własny), zjedliśmy kiełbaski i obowiązkowo moje ulubione - prażone migdały. 





Pięknie oświetlona Unter den Linden 






Uwielbiam te domeczki i wszędzie unoszący się zapach grzanego wina. Zresztą, pewnie nie tylko ja. 








U.S. Army Checkpoint, byłe przejście graniczne, kontrolowane po wojnie przez U.S. Army oraz fragment Muru Berlińskiego przed muzeum, o tej samej nazwie. 

Bardzo ładnie prezentowała się aleja Unter den Linden, z oświetlonymi drzewkami i sporą ilością białego puchu. Brama podświetlana laserami też niczego sobie. O północy odbył się wyjątkowy pokaz laserów i sztucznych ogni. 





Fajerwerki były świetne, dobre 25 minut strzelały bez przerwy, dodatkowo wspomagane kolorowymi laserami.


Na finał zaśpiewał już zupełnie pijany Hasselhoff, swój wielki hit :-), który stał się dla nas hymnem tego wyjazdu i ilekroć go słyszymy - wspominamy Sylwestra z 2011 roku. 




2 listopada 2012

7. Oko na Londyn

          Londyn jakoś nigdy nie był moim faworytem, nigdy mnie do niego nie ciągnęło, nigdy specjalnie nie skupiałam się na poszukiwaniu tanich biletów. Tym bardziej, że nawet przypadkiem nie trafiłam na loty poniżej 150 zł w jedną stronę. Londyn zawsze był gdzieś na liście "na kiedyś".
       Buszując po stronie Wizzaira, podczas jednej z promocji, natknęłam się na loty z Wrocławia do Londynu Luton za 70 zł w obie strony. Pomyślałam, że nie ma się nad czym dłużej zastanawiać, bo jak nie teraz, to nie prędko zdecyduję się na tą destynację. Szybki telefon do współpodróżników i chwilę później zaklepane były 4 bilety na październikowy weekend. 
          

      Wylot był o godzinie 6:10. Na lotnisku we Wrocławiu jeszcze nic się nie działo. Ziewająca obsługa lotniska, parzyła poranną kawę. Wylecieliśmy punktualnie, lądując w Luton o czasie. Jednak cała przeprawa i kontrola paszportowa na miejscu, trwała zdecydowanie długo. W Luton wiele się dzieje, co 10 - 15 minut, odlatują i przylatują kolejne samoloty. Masa ludzi, długie kolejki. Tym sposobem, lądując o godzinie 7:15 czasu lokalnego, opuściliśmy progi lotniska o 7:50. Dwa dni przed wylotem, znalazłam ciekawą ofertę Polaków mieszkających w Londynie. Panowie zajmują się transportem pasażerów z i na lotnisko. Zamówiłam od razu podwózkę w obie strony. Jadąc w 4 osoby, cenowo wychodzi się lepiej, niż transportem publicznym, no i z lotniska lądujemy prosto pod same drzwi wskazanego adresu. Koszt takiej przyjemności to 41 funtów. Dla porównania podam, że klasyczna taksówka kosztuje 65. Do Londynu można dostać się pociągiem  lub autobusem. Ceny tych drugich zaczynają się już od 2 funtów w jedną stronę, ale trzeba trafić na promocję. Cena zależy też od godziny odjazdu. Nasze wychodziły akurat najdrożej - 12,99 funtów w jedną stronę.
      Pan, który nas odebrał, to typ człowieka, który już nie jest Polakiem, ale jeszcze nie Anglikiem. Był strasznie przemądrzały, opowiadał jak to u NAS w Londynie... a w Polsce to tak i śmak, najgorsi kierowcy, pijaki, bieda aż piszczy i generalnie 3 świat. W sumie trudno się z nim nie zgodzić, ale mimo wszystko, trochę przesadzał. Nie mieszka w Polsce od 17 lat, a przez ten czas jakby nie było, wiele się u nas w kraju zmieniło. Odzywał się do nas jak do prymitywów, którzy pierwszy raz są zagranicą. Podśmiechiwał się nawet z tego, że zamieszkamy w hostelu. "No tak, hostele, 10 osobowe sale i te sprawy". Po tym, jak chórkiem odpowiedzieliśmy z oburzeniem, że mamy prywatną czwóreczkę, z łazienką i telewizorem w pokoju, dodatkowo śniadanie, postanowiłam nie kontynuować pogawędki, bo pan i tak wiedział wszystko najlepiej. Zjeżdżaliśmy akurat z autostrady i wyłoniło się miasto. Ciekawa zabudowa, domeczki przyklejone do siebie, z małym ogródkiem przed wejściem, skojarzyły mi się od razu z Jasiem Fasolą I Hiacyntą :-) Te na górkach przypominały ulice San Francisco. 
     W Londynie znajduje się wiele hosteli, w każdej dzielnicy jak i na obrzeżach. Nie od razu zdecydowałam się na jakiś, bo albo był zbyt oddalony od centrum, albo za drogi, albo pokoje były bez łazienki. Mam pewne  kryteria mieszkaniowe i raczej staram się ich trzymać. Od czasów Barcelony i słynnego Graffiti :-) Nawet, jeśli mam dopłacić te kilka złotych, wolę mieszkać kameralnie, z łazienką w pokoju. Na szczęście hostele to nie tylko 20 osobowe sale, ze wspólną toaletą. I tak, któregoś wieczoru, natrafiłam na hostel o nazwie Smart Camden Inn. Cena jak najbardziej w porządku, jak na warunki angielskie (około 90 zł za nocleg),  4 km oddalony od ścisłego centrum no i łazieneczka w pokoju. Jak się później okazało, w rozmowie ze Stefankiem (kolegą z pracy), lepsza dzielnica nie mogła się nam trafić. I rzeczywiście. Kolorowe domy, fajnie ubrani ludzie, stoiska z niebanalnymi ubraniami, knajpka na knajpce i wiele pozytywnej energii. Od pierwszych minut wiedziałyśmy z Beatą, że czułybyśmy się tam dobrze i, że mogłybyśmy tam z powodzeniem zamieszkać. 
        Pan wysadził nas tuż przed hostelem. Byliśmy 2 godziny przed check-inem, pokój nie był jeszcze gotowy. Zostawiliśmy bagaże w poczekalni i poszliśmy zjeść śniadanko, obserwując spieszących do pracy lub do szkoły, oryginalnie ubranych mieszkańców. 









Nasz hostel. Wróciliśmy o 11, odświeżyliśmy się i pojechali do centrum. Przystanek autobusowy usytuowany jest tuż pod samym hostelem. W Londynie jeżdżą prawie same piętrowe autobusy. Wpakowaliśmy się oczywiście na górę, na szczęście miejsca z przodu były wolne. 


Fajnie, że prozaiczne czynności, jak droga autobusem do pracy czy na zakupy, może być taka przyjemna. Choć zapewne mieszkańcy traktują piętrowe autobusy jak zwykłą codzienność.




Wysiedliśmy na moście, na przystanku Waterloo. Zeszliśmy schodami w dół i pięknym deptakiem wzdłuż Tamizy, o nazwie The Quenn's Walk, udaliśmy się w kierunku London Eye i Parlamentu.


Shell Mex House, 12 piętrowy budynek z 1931 roku. Zegar na wieży jest jednym z największych w Londynie.


Dworzec kolejowy Charing Cross. 




Whitehall Court, neorenesansowa rezydencja, zbudowana w 1880 roku. 


The Palace of Westminster - siedziba parlamentu. Neogotycka budowla powstawała w latach 1840 - 1888. Big Ben i Wieża Victorii to dwie charakterystyczne wieże, na których podczas obrad parlamentu powiewają brytyjskie flagi.




London Eye, najwyższe na świecie koło widokowe, o wysokości 135 metrów. Składa się z 32 kapsuł, mieszczących do 25 osób i jest 200 razy większe od koła rowerowego. Jego otwarcie nastąpiło 31.12.1999 i jest jednym z londyńskich przedsięwzięć, wybudowanych z okazji początku nowego milenium. Do realizacji projektu przyczyniły się m.in. linie lotnicze British Airways, a cała inwestycja kosztowała 34 miliony funtów. 
Po prawej - pyszny deser. Świeże i słodkie truskawki, zatopione w rozgrzanej czekoladzie, udekorowane bitą śmietaną i czekoladą. Śmietana w ogóle nie była słodka, przez co deser nie był zamulający już po 3 łyżeczkach. Niestety ze względu na niską temperaturę powietrza (odczuwalna kilka stopni powyżej zera), czekolada szybko stwardniała i miałam problem ze zjedzeniem truskawek. Niemniej jednak, było to pyszne, jeśli będę jeszcze kiedyś w Londynie - zjem jeszcze raz. Koszt deseru - 5 funtów. 

Most Westminsterski. 


Parlament + Big Ben. Myślę, że ten widok kojarzą wszyscy. 



Widok na London Eye, z mostu Westminsterskiego. W tle biurowiec Shell Center (wyższy) i County Hall, w którym znajduje się London Sea Life Aquarium, hotel, biura i prywatne mieszkania.


Kościół św. Małgorzaty





Na Parlament Square, stoją posągi znanych osobistości. 

Budynek HM Treasury (odpowiednik Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Skarbu)






Udaliśmy się wzdłuż ulicy Parliament St. i Whitehall w kierunku skrzyżowania z kolumną Nelsona. 












Kolumna Nelsona. Tu poszliśmy w prawo, z powrotem nad Tamizę. 








Wyszliśmy na Hungerford Bridge. Świetny widok na Parlament i London Eye.



 Popołudnie spędziliśmy w typowym brytyjskim pubie, pijąc zdrówko solenizantki, piwkiem z gatunku Ale -  ciemnobrązowe, uzyskiwane z mieszanki słodu zwykłego i skarmelizowanego. Mnie bardzo smakowało, porównałabym je do Warki Strong, ale to było lepsze.
Wróciliśmy wieczorem do hostelu, po drodze zahaczając o market. Zaopatrzyliśmy się o kolejne Ale oraz Cider - napój alkoholowy, powstały z fermentacji dojrzałych jabłek. Pyszny, w smaku przypominający wino musujące. Gdyby ktoś gdzieś widział na półkach polskich sklepów - proszę dać mi znać. 

Keep Calm :-)

Następnego dnia, przywitało nas błękitne niebo i słoneczko. Niestety im bliżej centrum Londynu, tym więcej chmur. Drugi dzień poświęciliśmy na odnalezienie Tower Bridge i zwiedzenie drugiej strony miasta.


The Quenn's Walk ciągnie się kilka kilometrów wzdłuż Tamizy. 


Katedra św. Pawła, wybudowana w latach 1675-1710. Jest jedną z największych na świecie. Położona jest w najstarszej dzielnicy Londynu - City.








Millenium Bridge i Katedra św. Pawła. Most zbudowany jest głównie ze stali i aluminium i jest mostem wiszącym. 

Shakespeare's Globe Theatre - dokładna kopia teatru z XVII wieku. 



Southwark Bridge














Hay's Galleria



W Starbucks Coffe wypiliśmy pyszną kawę . Ja miałam karmelową, pycha, w ogóle nie trzeba słodzić. 

30 St Axe zwany także Swiss Re Tower lub potocznie Gherkin (korniszon), jest łudząco podobny do tego w Barcelonie. Wieżowiec jest siedzibą firmy ubezpieczeniowej Swiss Re. Znajduje się w głównej dzielnicy finansowej (trzeciej co do wielkości po Nowym Jorku i Tokio), ma 40 pięter i 180 metrów wysokości. 

I wreszcie wyłonił się cel naszej wyprawy - Tower Bridge. Ale wcześniej HMS Belfast - okręt wojenny, który służył w Royal Navy od 1938 do 1965 roku. Dzięki staraniom społeczeństwa brytyjskiego, nie trafił na złom. Dziś stoi zakotwiczony na wodach Tamizy jako muzeum, prezentując dzieje statku podczas II wojny światowej.


                                                                     Tower Bridge i Typelek 


Bardzo fajne są momenty, kiedy widzi się na własne oczy, coś, co zna się tylko z telewizji i zdjęć. 

Po drodze na Tower Bridge, mija się More London Riverside - biurowce. 







Tower of London, to najstarszy zabytek w mieście, wzniesiony w 1078 roku dla Wilhelma Zdobywcy. Wieża jest wciąż zamieszkiwana przez strażników i ich rodziny. Ich zadaniem jest oprowadzanie zwiedzających i podtrzymywanie starych zwyczajów. Na wieży mieszka także sześć kruków. Krąży wokół twierdzy legenda, że tak długo, jak kruki zamieszkiwać będą na wieży - Londyn nie zginie. Dlatego kruki są pilnie strzeżone, a skrzydła mają podcięte. 

Tower Bridge. Największy na świecie most zwodzony, w stylu wiktoriańskim. Budowę ukończono w 1894 roku. Dwa ogromne skrzydła podnoszą się w ciągu 1,30 minuty, umożliwiając przepływanie dużym statkom. Most otwierany jest około 1000 razy w ciągu roku. 












W drodze powrotnej. Po prawej Tate Modern - londyńskie muzeum sztuki nowoczesnej, budynek dawnej elektrowni. Muzeum prezentuje dzieła od postimpresjonizmu po sztukę współczesną. Weszliśmy z ciekawości, gdyż większość wystaw jest darmowa. Na dole odbywał się dziwny spektakl, z przerażającym śpiewem aktorów.   


Na pierwszy rzut oka, widać tylko tłum turystów. Pomiędzy nimi stoją aktorzy, którzy w pewnym momencie zaczęli ruszać się do tyłu. Przeszli na drugą stronę sali, idąc cały czas tyłem, wyśpiewując tą przerażającą pieśń. Nie wiem, mnie to nie rusza, nie czuję kompletnie tej sztuki. 


Na poszczególnych piętrach, utworzone są sale, gdzie do zobaczenia są obrazy i rzeźby autorstwa największych artystów takich jak Pisasso czy Andy Warhol. 



Przed tym czymś drewnianym, ustawiona była dość spora kolejka. Patrzyłam na reakcję osób zaglądających do tub, próbowałam dowiedzieć się, co widać w środku. Ale nikt nic nie mówił. Zauważyłam tylko zdziwienie na twarzach. Widząc, że kolejka dość szybko się przesuwa, postanowiłam się w niej ustawić. Musiałam to zrobić i zaspokoić swoją ciekawość. I tak samo jak ciekawa - byłam zawiedziona. W tubach widoczne były jedynie światełka w trzech różnych kolorach. Chyba żółtym lub pomarańczowym, niebieskim i/lub zielonym. Nawet dokładnie nie pamiętam. Sztuka współczesna zupełnie do mnie nie przemawia. Mam ważenie, że każdy może być artystą współczesnym, wystarczy zrobić coś z niczego, coś, co przedstawia "nic" i nazwać to sztuką. Wolę zdecydowanie obrazy mojego taty, na których widać krajobrazy, konkretne pory roku czy portrety. Obrazy, które wyglądają jak zdjęcie. 







Wróciliśmy pod London Eye, gdyż jednym z moich malutkich marzeń, była przejażdżka na kole. Niestety kolejka chętnych była dość spora, potem okazało się, że są trzy: jedna do kasy, druga kolejka ... do trzeciej kolejki. Trzy kolejki, aby wejść na koło. Jednak wszystko jest tam porządnie zorganizowane i ogonek cały czas się przesuwa. Koło kręci się z prędkością 0.8 km/h, przy takiej prędkości pasażerowie zdążą wysiąść, a nowi wejść do kapsuły. Zdecydowałam się na przejażdżkę. Akurat słońce zachodziło, więc załapałam się na Londyn nocą. Atrakcja nie jest tania, bilet kupiony w kasie kosztuje 18.90 funtów. Kupiony online - o ponad funt mniej. Ale ... być może to jedyna okazja w życiu, więc musiałam skorzystać.

W tym momencie pojawiła się ogromna ekscytacja, dorośli ludzie cieszyli się jak małe dzieci. A ja z nimi. Obsługa bardzo miła, uśmiechnięta. Aż miło popatrzeć. Witają się, a przy wyjściu żegnają. I wszystko to takie szczere i naturalne. Panie na lotnisku we Wrocławiu, powinny wziąć przykład.

Siedzę w kapsule, w międzynarodowym towarzystwie: Hindusi, Rosjanie, Anglicy. 
Myślę, że widoki nie wymagają komentarza. 













      Całą tą magiczną chwilę popsuł deszcz, który po wyjściu z kapsuły przemoczył mnie prawie do suchej nitki. Miałam całe 5 funtów, a bilet autobusowy musiałam kupić w automacie za wyliczone monety. Poszłam więc na targ, przy Waterloo, gdzie znajdują się stoiska z żywnością z różnych krajów. Zjadłam przepyszną tartę ze szpinakiem, serem i pieczarkami (dzień wcześniej jadłam marokańskiego ala kebaba, nie pamiętam niestety jak to się fachowo nazywa). Po posiłku, pobiegłam na most Waterloo, na przystanek autobusowy. Pół godziny później, byłam już w hostelu. Powtórzyliśmy wieczór z Ale i Ciderem, a rankiem wyjechaliśmy na lotnisko. Przyjechał po nas inny pan, o wiele sympatyczniejszy, pozostawiając na koniec same miłe wrażenia. 
      Zmieniłam zdanie na temat Londynu. Nie jest przereklamowany, ani oklepany. Kosmopolityczny Londyn stanowi zlepek wszystkich kultur świata. Tętniący życiem Londyn to wspaniałe zabytki i niepowtarzalny klimat. Nie dziwię się Polakom, że tak chętnie tam wyjeżdżają i nie myślą o powrocie. Sama zrobiłabym dokładnie tak samo.