9 września 2013

17.1. Na tropie Julii. Bergamo - Desenzano - Verona cz.1

         Mam swoja listę. Lista nosi roboczą nazwę „to do, before I die” (do zrobienia, zanim umrę). Do realizacji na 2013 założyłam sobie na pewno te dwa miejsca:  balkonik Julii w Veronie oraz fiord Preikestolen w Norwegii.  W przypadku jednego i drugiego, realizacja planu nie należy ani do najtańszej, ani do najprostszej, bo o ile do piekielnie drogiej Norwegii można dostać się prosto z Katowic Wizzairem, tak do Verony bezpośrednio z Polski (a przynajmniej z Katowic) nic taniego  nie lata. Ale i tak było to wręcz pewne, że się tam pojawię. Nie byłabym sobą.
         W październiku 2012 roku, Wizzair zamieścił na stronie  rozkład i cennik na  wiosnę 2013. Do wiosny jeszcze daleko – pomyślałam – ale mając uzbieranych kilkadziesiąt punktów z karty citi wizzair, postanowiłam zarezerwować lot do Bergamo na maj 2013. Nawet, jeśli zmienią mi się plany i bilet przepadnie, to przepadną punkty a nie ciężko zrobiona przeze mnie gotówka.  Bilety w dwie strony kosztowały 84 zł.
         Lotnisko w Bergamo teoretycznie przynależy do Mediolanu. W Mediolanie byłam w 2011 roku, a Bergamo na fotografiach google wydawało się być całkiem uroczym miasteczkiem.  Jednak 4 dni to trochę za długo na siedzenie w jednym mieście, które właściwie można całe zwiedzić w ciągu jednego dnia, a Włochy jak długie i szerokie – tak piękne, tak na prawdę wszędzie będzie cudnie. Rozwijam w głowie listę To Do .... ->  balkonik Julii w Veronie. Jest to do zrealizowania bo z Bergamo do Verony nie jest daleko i spokojnie, w jakieś 2 godziny można dostać się pociągiem. Na trasie pomiędzy tymi dwoma miastami znajduje się jezioro Garda z przeuroczymi mieścinami. Warto zatrzymać się na jeden dzień i zwiedzić przynajmniej jedną z nich. Zdecydowałam się na Desenzano, gdyż jadąc z Bergamo do Verony należy przesiąść się na inny pociąg na trasie, a Desensano wydawało się być najbliżej miejscowości przesiadkowej. 2 miesiące przed wylotem, zabukowałam noclegi w kolejności Bergamo - Desensano del Garda - Verona. Po jednej nocy w każdej miejscowości. Taki mały trip, mini mini objazdówka po Italii.   





        W dniu wylotu piękna pogoda. Oczywiście niespodziewanie popsuła się, zaraz po tym, jak zjawiłam się na lotnisku. Wiadomo. Typel w trasie. Lało jak z cebra, waliło piorunami, wylot został przesunięty o 15 minut, potem o kolejne 20. Przesuwali tak kilka razy, do momentu aż burza całkiem nie ustała. Nie dałam się złamać, choć los bardzo często próbuje ! :) 


      Wylądowaliśmy w Bergamo po 22. Oczywiście, że pogoda nie najlepsza. Jeśli przez jedyne 3 dni w roku we Włoszech padałby deszcz, byłyby to dokładnie TE 3 dni, kiedy ja tam jestem. Ale co zrobić! Kierujemy się do wyjścia, rozkłady, rozkładziki, autobusy. Nauczona doświadczeniem, nie kieruję się nimi, bo rozkład sobie a kierowca sobie. Podjechał autobus, wsiadłyśmy z Kasią bezmyślnie, w środku zastanawiając się, czy to właściwy. Kierowca jechał tak, jakby worki z kartoflami wiózł, rzucało nas na prawo i lewo, ślizgałyśmy się na plastikowych krzesełkach. Na szczęście autobus zatrzymywał się pod głównym dworcem kolejowym, dokąd zmierzałyśmy. Wysiadłyśmy i na podstawie mapki, wydrukowanej z rezerwacją hotelową, udałyśmy się w poszukiwania hotelu, który miał się znajdować zupełnie niedaleko dworca głównego. Oczywiście nazwy ulic nie zgadzały się z tym, co miałyśmy wydrukowane. Idąc więc na ślepo, trochę intuicyjnie, po dłuższej chwili dotarłyśmy pod hotel  Affitta Camere Maffioletti się zwał i sądząc po opiniach, większość osób miała podobne zdanie do naszego, na temat tego miejsca. Dotarłyśmy po godzinie 23. W hotelu było ciemno, drzwi pozamykane. Zajrzałam przez szybę, w środku siedziała starsza kobieta w piżamie, oglądając TV. Zauważyła nas, wpuściła od strony zaplecza. Nie znała ani słowa po angielsku, ani w żadnym innym języku. Ja włoskiego też za dobrze nie znam, rozumiałam co 10 słowo. Dała nam klucze, pokazała pokój, łazienkę i zniknęła. Nieco wygłodniałe, mimo później pory, postanowiłyśmy wyjść do pizzerii, którą mijałyśmy po drodze. 

Pizza i zimne Azurro - idealne zakończenie dnia.

***

        Obudził nas deszcz. Może to nic nadzwyczajnego, ale kiedy w kraju ciągle pada, a człowiek wyjeżdża z nadzieją wygrzania się w upalnej Italii, można czuć się zawiedzionym. Tym bardziej, że miesiąc wcześniej będąc w Norwegii, 1 maja sypał śnieg. Ale o tym kiedy indziej. Zebrałyśmy się do wyjścia, w planach miałyśmy bardzo króciutki spacer po Bergamo (zostawiłyśmy je na ostatni dzień, po powrocie z Verony), w kierunku dworca kolejowego, skąd miałyśmy się udać do Brescii, a dalej autobusem miejskim do Dezensano. Przestało na szczęście padać, ale jak widać na zdjęciach, pogoda była bardzo deszczowa. A miasto mimo tego urocze.






















Zakupiłyśmy bilety w automacie na dworcu i udałyśmy się na odpowiedni peron, w oczekiwaniu na pociąg. Chmury rozeszły się, wyszło słońce. Zrobiło się całkiem przyjemnie. 















I tak czekamy na pociąg 10 minut, czekamy 20, co chwilę sprawdzając tablicę odjazdów, na której wyświetla się coraz to inna ilość minut z opóźnieniem pociągu. Opóźnia się nie tylko nasz, opóźniają się wszystkie. Ludzie zaczynają się niepokoić, a my razem z nimi. Chodzą zdenerwowani spod okienka informacji, na peron i z powrotem. W końcu na tablicy wyświetlono napis STRAJK. Teraz wiadomo, że nikt tego dnia już nigdzie nie pojedzie. Osaczony pan w okienku informacji, mówi aby przyjść jutro, bo jutro pociągi będą jeździć normalnie, a bilety zakupione dzisiaj, będą ważne także jutrzejszego dnia. "Ale jak to jutro! Przecież my mamy dzisiaj być w Desenzano! Tam mamy zaklepany nocleg i taki plan działania, czemu akurat dzisiaj muszą strajkować, czemu nie jutro, czemu nie wczoraj! Akurat dziś, bo Typel raz na pół roku potrzebuje się przemieścić włoską Trenitalią!" Po tym jak para poszła mi z uszu i z nosa, standardowo uspokoiłam się i pomyślałam, że przecież nie ma sytuacji bez wyjścia. Musi być jakiś inny sposób przedostania się do miasta, które nie leży przecież na drugim końcu Włoch. To niespełna 80 kilometrów, więc trasa do pokonania spokojnie nawet i na rowerze. "Dobra, chodźmy sprawdzić na dworcu autobusowym, może chociaż jakiś "PKS" pojedzie". Na dworcu autobusowym żywej duszy nie widać. Okienko informacji zamknięte, rozkładu nie uświadczy. Na stanowiskach, na niebieskich tabliczkach wypisane są miejscowości docelowe, jednak żadna z nich nic nam nie mówi. Próbujemy odnaleźć je na mapie w przewodniku, być może któreś z tych miast leży chociaż w pobliżu Desenzano. Niestety.
Po drugiej stronie ulicy odkrywamy jeszcze jeden, dużo większy dworzec autobusowy. "Tutaj musi coś jechać do Desenzano  a przynajmniej Brescii lub w okolice, nie ma bata, taki duży dworzec!" Chodziłyśmy od stanowiska do stanowiska, sprawdzając rozkłady, z nadzieją, że w końcu na którymś pojawi się te cholerne Desenzano lub chociaż Brescia. Przeleciałyśmy chyba ze 30 stanowisk, żadne, ale to żadne nie miało w rozkładzie naszego miasta docelowego. Do tego zaczęło lać. I to jak! Pierwszy raz w życiu, stałam zmarznięta, w strugach deszczu we Włoszech (a była to moja chyba 6 wizyta) myśląc, że wolałabym być teraz w domu. Po raz pierwszy mi się to zdarzyło. Szczególnie, że w Polsce tego dnia były 30-to stopniowe upały."Przecież to nie możliwe! Żeby na tak wielkim dworcu żaden autobus nie odjeżdżał do miasta oddalonego o 80 kilometrów??? Przecież ta kobieta wczoraj na lotnisku mówiła, że nawet stamtąd jedzie prosto do Brescii, bo ma fajne połączenie z lotnisko - Brescia i nie musi tłuc się przez Bergamo z przesiadkami". (Zagadała nas pewna Polka na lotnisku, kiedy czekałyśmy na autobus i paliłyśmy papierosy przed wejściem, w sumie w tym momencie nie wiedziałam czemu ma służyć ta rozmowa, ale nauczona doświadczeniem: "nic nie dzieje się bez przyczyny",teraz wiem, że po coś do nas zagadała, w jakimś celu stanęła na naszej drodze). I w tym oto momencie, pojawiła się w tym samym czasie żarówka jak u Pomysłowego Dobromira nad głową moją i Kasi "Przecież z lotniska jedzie autobus do Brescii!!!! Jesteśmy uratowane! :-) " Pojawiła się nutka nadziei na zobaczenie Desenzano jeszcze tego samego dnia. Autobus na lotnisko odjeżdżał dość często, więc przynajmniej na niego nie musiałyśmy długo czekać. Pełne nadziei, ale także ze sporymi stratami czasowymi, pojechałyśmy na lotnisko. 
"Jest! Jedzie, z tego stanowiska! Ale dopiero za 50 minut. Ale co tam, ważne, że jedzie!" Uradowane, poszłyśmy do niewielkiej kawiarenki na dworcu, po drożdżówki i Becks'a. W końcu zasłużyłyśmy... A wybór Becks'a nie był przypadkowy. Ostatniego wieczoru, David Beckham (mój idol) zagrał swój ostatni mecz w swej karierze zawodowej. 


      Im dalej od Bergamo, tym pogoda ładniejsza. Wyłania się błękitne niebo, jest nadzieja na prawdziwe włoskie wakacje. Miejscowości o nazwie Bergamo, Bergen itp.mają to do siebie, że ciągle tam pada. Tak sobie myślę, że to na pewno przez to, że położone są wysoko. Ale ile w tym prawdy.
       Dotarłyśmy do Brescii, nareszcie. Z kilkugodzinnym opóźnieniem, ale nie ważne. Ważne, że już bliżej celu. 15 minut później miałyśmy autobus miejski pod dworzec w Desenzano, a stamtąd już tylko 5 przystanków "jedynką" prosto pod nasz hotel. W Brescii świeciło słońce. Nie wiem jak to się stało, ale w drodze do Desenzano oberwanie chmury. Wycieraczki w autobusie nie wyrabiały ze zbieraniem wody. W autobusie znajdowali się głównie turyści, młodzi, starzy, rodziny z dziećmi, każdy patrzył po sobie, z półuśmiechem, nie wiedząc jak się zachować. Każdy przyjechał z nadzieją wygrzania się po długiej zimie. A tu taki psikus - we Włoszech zimniej niż w Polsce. 
       Wysiadłyśmy na dworcu, spod którego miała odjeżdżać "jedynka". Oczywiście odjeżdża wszystko, tylko nie "jedynka"! Ja nie wiem jak to jest możliwe, że mieszkańcy odnajdują się w tym całym bałaganie. Postanowiłyśmy pójść pieszo. Deszcz przestał padać, 5 przystanków to przecież nie jest tak dużo, nie powinno być daleko.Według mapki z rezerwacji, hotel mieści się tuż przy jeziorze, więc jak będziemy szły wzdłuż brzegu, na pewno do niego trafimy. I tak szłyśmy, pół godziny, godzinę, hotel znajdował się zaraz za cyplem. Idziemy i idziemy a cypla ani widać ani słychać. "To może zatrzymajmy się na chwilę i sprawdźmy w jakiś sposób jak daleko jeszcze, a nie idziemy tak bez celu przed siebie" - powiedziała już nieco wkurzona Kasia. Ale co zrobić, po drodze sprawdzałyśmy każdy jeden przystanek, jaki się napatoczył, na ani jednym nie było rozkładu dla "jedynki", a mało tego, autobusy jeździły tylko w jednym kierunku - przeciwnym. Załączyłam internet w telefonie (w końcu przecież po coś się tego smartfona ma). Załączyłam nawigację, lokalizację ... smartfon wskazał, że jesteśmy na środku jeziora .... Bardzo użyteczny, jak zawsze zresztą, trafił z powrotem do mojej torby. Przestudiowałyśmy jeszcze raz mapkę hotelową, która pokazywała jedynie okolice hotelu, cypelek i nazwę ulicy, stwierdziłyśmy, że to, co widać na horyzoncie, to na pewno ten cypelek, za którym znajduje się hotel. "Idziemy! Już niedaleko".  I rzeczywiście, dotarłyśmy, z 5-cio godzinnym opóźnieniem, była godzina 17. Prawie cały dzień w plecy, dzień, który przeznaczony miałyśmy na zwiedzanie Desenzano. Ale i tak nie było by z tego zwiedzania żadnej przyjemności bo deszcz co chwilę padał i przestawał, padał i przestawał ... A, że turystki tylko z bagażem podręcznym, w dodatku tym małym, parasoli nie zabrałyśmy, bo przecież we Włoszech nie powinno padać.





        Hotel Albergo La Quiete jest cudowny! Na żywo o wiele lepszy, niż na bookingowych zdjęciach. Wspaniale wygląda zewnątrz, a w środku jeszcze lepiej. Fajna, różana atmosfera, recepcja trochę przypomina mi wnętrza z angielskich seriali komediowych (Hiacynta, itp.). 


Hotel ma własna pizzerię,  w której wypieka się pizzę w kamiennym piecu. Stołują się tu nie tylko turyści, ale mieszkańcy z całej okolicy. Przyjeżdżają z rodzinami, zamawiają na wynos. I wcale się nie dziwię! Zgłodniałam nawet teraz, na samą myśl o pizzy z rukolą i marchewką, oraz z szynką parmeńską. Jedna z lepszych, jaką miałam okazję próbować. W opiniach hotelu, większość wspomina o przepysznej pizzy. 

       Stwierdziłyśmy jednogłośnie, przemoknięte i wykończone, że dzisiaj nigdzie już nie idziemy. Po posiłku, zamówiłyśmy po włoskim piwku i na tarasie hotelu, delektowałyśmy się patrząc na zachodzące nad jeziorem słońce.
Pragnę tylko nadmienić iż ten kawałeczek od dworca, tak zwane "niedaleko" wynosił ... 7 kilometrów. 



***

       Rano, otworzyłam drewniane okiennice i zobaczyłam taki oto widok: 



"Halina wstawaj! Bezchmurne niebo! Nareszcie! Jest jakaś szansa, że wakacje nie będą całkiem do dupy". Zebrałyśmy się czym prędzej na śniadanie, spakowały manele i wyruszyły w trasę, odkrywać okolice jeziora Garda. Jakoś wczoraj w deszczu, nie prezentowało się tak pięknie. Poszłyśmy tą samą trasą, w kierunku dworca głównego, zatrzymując się na zdjęcia i piwko w jednej z restauracji nad jeziorem. 


Posesje jak u Karinktonów. Desenzano to miejscowość typowo turystyczna. I pomyśleć, że niektórzy ludzie mają te domy tylko na wakacje i weekendy. 











 
































Tak gdzieś w tym miejscu, wyczerpała mi się bateria w "dużym" aparacie. Na szczęście miałam ze sobą też małą cyfrówkę. Od razu widać, że jakość zdjęć jest inna.









Bardzo lubię te zdjęcia. A to wszystko przez kotka.  



















 O, a w tym momencie padł mi i mały aparat. Na szczęście pozostała mi jeszcze komórka. Może chociaż raz ten "świetny" smartfon się do czegoś przyda.




 Niebo trochę się zachmurzyło w oddali, na szczęście deszcz przeszedł bokiem.


















Około godziny 17 dotarłyśmy na dworzec. Do pociąg w kierunku Verony było jeszcze trochę czasu, więc poszłyśmy coś zjeść i napić się kawy w dworcowej restauracji. Pociąg z 17:55 opóźnił się o 50 minut .... ale w końcu przyjechał. 

 Verona - coraz bliżej celu, coraz bliżej balkoniku Julii. I pogoda jak na prawdziwe Włochy przystało!

C.D.N