17 listopada 2013

17.2 Na tropie Julii. Bergamo - Desenzano - Verona cz.2

          Uwielbiam te hotelowe opisy "jak dotrzeć do obiektu". Dla nich to wszystko takie proste: wysiąść z pociągu, wsiąść w autobus, wysiąść tu,  iść prosto, potem po prostu w prawo przez most i już. Niby narysowana mapka, niby wszystko jasne jak się na nią patrzy. 5 przystanków autobusem odliczone, w prawo za mostem skręcone i za cholerę nie wiem gdzie jestem. Na mapce google sprawdzałam przed wyjazdem, latałam nawet chłopkiem po ulicy, na której znajdować się ma hostel i daję głowę, że ta ulica wyglądała dokładnie tak samo. Nawet rozkopana kanalizacja jest w tym samym miejscu. O, i przystanek też tam był. Hostelu  jak nie było tak nie ma. W te i nazad, może coś przeoczyłyśmy, może kogoś zapytamy. Okazało się, że owszem 5 przystanków, ale dla kogoś, kto liczy przystanek, na którym wsiadał jako "1". Tym sposobem, nie ta aleja, nie ten mostek, nie ta rozkopana kanalizacja. A bo też wszystkie uliczki muszą wyglądać tak samo. Weszły na dobry mostek w prawo, prosto. Jest.



Hostel  B&B Ai Leoni przepiękny, czyściutki. Ładne meble, wystrój drewniano, metalowo, serduszkowo słitaśny, jak na romantyczne miasto przystało, duża łazienka. W kuchni niby przypadkowe kubki i talerze w grochy i paski, ale wszystko konsekwentnie dopasowane. 



Zakwaterowałyśmy się, rzuciły manele i pobiegły szukać balkoniku - głównego prowodyra tego wyjazdu, prowodyra, który znajdować się ma podobno 300 metrów od hostelu. Mapa w dłoni. Z Hostelu w prawo, przez ten sam mostek, potem prosto i będzie balkonik. Proste! Pan w hostelu zaznaczył na mapie długopisem zgrabne kółeczko, ryjąc przy tym niemalże dziurę w stole. Latamy jak "głupie z drzwiami", w te i z powrotem, na początek i koniec ulicy, za winkiem, pod winkiel, w poprzek, na ukos - nic! Ludzi co niemiara, piękne kamienice, sklepy i stragany z czym tylko dusza zapragnie ... balkon zapadł się pod ziemię. Nie wdaję się już nawet w szczegóły, ale odnalazłyśmy :))) Tłum Chińczyków zdradził jego lokalizację. W pierwszej wersji naszych poszukiwań, przeszłyśmy obok bramy prowadzącej tuż pod balkonik, niepozornie zakamuflowanej rusztowaniem. Wybiła godzina 18, brama zamknięta. No nic, wrócimy tu jutro, popatrzymy z bliska. 



Kolacyjka, Sałateczka, balsamiczko, ogóreczek, pomidorek. <3 


Dzień dobiegał końca. Balkon - powiedzmy, że odnaleziony, kolacja zjedzona, czas na Azurro (piwko, piweczko), na naszym prywatnym, hostelowym balkoniku, wśród zapachów wydobywających się z kuchni sąsiadów, wśród suszącego się na sznurze prania. 

Dwa razy do  nocnego, bo przecież za proste by było, gdybyśmy kupiły odpowiednią ilość od razu. Piweczko, balkonik, petunia, sklepik nocny, piweczko, petunia, spanko, śniadanko. 





Przeuroczy zapach kawy i spalonego tosta o poranku, nad głową turkusowe niebo. Mieszkańcy powoli budzą się do życia, kawa bulgocze w kafeterze. 


Po śniadaniu wyruszyłyśmy "na miasto", w kierunku balkonika, lecz okrężną drogą, tak, aby zobaczyć jak najwięcej i przejść przez most Ponte della Pietra. Po drodze typowe włoskie uliczki, kamieniczki. Każde włoskie miasto ma w sobie to coś. Wszystkie niby takie same, a jednak różniące się od siebie. Uwielbiam Włochy i wracam przy każdej nadarzającej się okazji (choć na jakiś czas muszę zapomnieć o włoskich eskapadach, a wszystko przez Malediwy! Oddaliłam się od Włoch o jakieś 8.000 km). 










Typelek i most Ponte della Pietra











Woda w rzece Adyga ciut przybrała

















Piazza dell'Erbe 







Sklepik z pamiątkami na przeciwko bramy, która prowadzi wprost pod balkonik 



No i wreszcie jest. Obiekt 3 dniowej tułaczki. Takie niby nic - dom i balkonik Julietty. Nie zawsze cel naszej podróży musi mieć rozmiar piramid czy też wieży Eiffela. 


Milion turystów, z czego 90% to Chińczycy, każdy marzy o pamiątkowej fotce z Julią z brązu, która ma wytartą od dotykania dłoń i pierś. 





A i Typelek pozostawił ślad po sobie swoją lewą rączką


Wiedziałam, że trzymanie Julii za rękę i pierś coś oznacza, nie wiedziałam jeszcze wtedy dokładnie co. Teraz wiem, że trzymanie za pierś oznacza szczęście w miłości, natomiast nadal nie mam pojęcia co oznacza chwytanie za dłoń - mam nadzieje, że będę bogata.


Zdecydowałyśmy się zwiedzić komnaty Julii. Nie pamiętam dokładnej ceny wstępu, będzie to coś w granicach 5 euro. 













Do Julii  można napisać list 


Droga Julio! A weź se ich wszystkich w cholere!




I tak oto szczęśliwe, że cel wyjazdu został osiągnięty, poszłyśmy zwiedzić dalszą część miasta, zmierzając w kierunku dworca. 















Mury obronne miasta z XIV wieku. Fragmenty w dalszym ciągu przewijają się gdzieniegdzie. 










I tu już zmierzamy w kierunku dworca, szukając przystanku autobusowego. Wszystkie autobusy jadą w przeciwnym kierunku. 


I tak żeśmy szukały, że znalazłyśmy się na dworcu :-) świetnie, druga strona Werony zwiedzona, na bilecie 1,5 euro zaoszczędzone. Wsiadamy w pociąg i wracamy do Bergamo, które też jeszcze musimy "zaliczyć". W pierwszy dzień, zbyt zaabsorbowane szukaniem opcji wydostania się z miasta (przypomnę, ze akurat w ten dzień kolejarze ogłosili strajk), nie skupiłyśmy się za bardzo na samym mieście. 


No i tym razem pogoda także się nie popisała. W Weronie piękne słońce, w Bergamo znów pochmurno. Wszystkie te miasta, położone wysoko mają to chyba do siebie, że wiecznie pada, albo to ja mam tylko takie szczęście. Bergamo to malutkie i urocze miasteczko, jednak Werona bezapelacyjnie urzekła mnie najbardziej.