22 lipca 2012

3.3. Spacer po Valletcie i Blue Grotto


           La Valetta to jak jedno wielkie muzeum na świeżym powietrzu. Schowane za murami, fortyfikacją i głęboką fosą. Spacer rozpoczynamy idąc od zajezdni, w kierunku wielkiej bramy.





Przechodzimy nad fosą, w kierunku City Gate, bramy zbudowanej w latach 60. XX wieku. Niewiedzieć czemu, nie ma bramy na moich zdjęciach. Prawdopodobnie przechadzało się tamtędy za dużo osób, wchodzących mi w obiektyw, stąd też - zdjęcia brak. Jest tylko głęboka fosa, która spełnia dziś rolę parkingu.




Kościół św. Pawła. To pierwszy barokowy kościół w Europie. Na zewnątrz nie wyróżniający się niczym szczególnym spośród (365!) kościołów, znajdujących się na wyspie. Podobno w środku bardzo imponujący, zachwycający nawet największych koneserów sztuki. Niewiele mogę powiedzieć, bo nie wchodziłam.





 Z okazji religijnej festy, ulice Valletty przystrojone były czerwono - żółtymi kurtynami, kwiatami i figurkami aniołów. Maltańczycy uwielbiają hucznie obchodzić dni związane z urodzinami swoich lokalnych świętych. Przez miasto przechodzi procesja z odświętnie ubranymi Maltańczykami, z figurką świętego, na cześć którego obchodzona jest dana festa.



Idąc uliczkami, w kierunku morza, dochodzimy do murów obronnych, po których wiedzie ścieżka turystyczna.



Wejście do portu.





Widok na zatokę portową.













Grand Harbour, główny port wyspy, który upodobało sobie wielu filmowców. Kręcone były tu filmy takie jak "Aleksander", "Hrabia Monte Cristo" oraz dramat wojenny "U-571".








Dzwon wolności z 1945 roku.





Ogrody Barrakka. Świątynia upamiętniająca Alexandra Balla, brytyjskiego kapitana, który udzielił pomocy Maltańczykom podczas powstania przeciwko Francuzom w 1798 roku.



Taras widokowy.







Charakrerystyczna architektura Valletty. Ciekawe, że na całej wyspie wszystkie budynki są w takim samym kolorze.



Prawie jak San Francisco. Ulica św. Urszuli. A po prawej - pozostałość po Brytyjczykach.



Fascynujące jest, że w środku miasta, można poczuć się jak na wsi. Mogłabym tu zamieszkać.... sielanka jest .....





... i są koty.
























Widok na zajezdnię z ogródów Hastings.



Po spacerze po Valletcie, mieliśmy chęć zobaczyć coś jeszcze. Zdecydowaliśmy się na Blue Grotto, na południu wyspy. Wsiedliśmy w odpowiedni autobus, po drodze przez okno podziwiając urocze miasteczka.







Droga trwała około pół godziny. To tylko 15 km od Valletty, ale autobus na niektórych odcinkach jechał bardzo wolno. Raz, że stary, dwa, pewien odcinek drogi jest kamienisty lub żwirowy, jak wiejska droga.



Okoliczności przyrody, są tu na prawdę piękne i niepowtarzalne.





Autobus zatrzymuje się przy głównej drodze. Do Blue Grotto dalej trzeba dojść pieszo, idąc cały czas w dół. Droga tam, jest jeszcze ok, ale schodząc, już martwiłam się o powrót. 40 stopniowy upał nie sprzyjał pieszym wędrówkom. Jednak sto razy wolę taki upał, niż deszcz.



Po drodze mijaliśmy coś w rodzaju ogródków działkowych i altanek.







Nie przygotowałam się i na wyprawę nie wzięłam ze sobą stroju. D. miał kąpielówki. Wpakował się do wody i pływał pomiędzy łódkami. W życiu niczego bardziej mu chyba nie zazdrościłam.

















W tym miejscu miałam już dość. Ale było warto.
Szybko z powrotem na górę i do Valletty.

Z Valletty do Bugibby, gdzie znajdował się nasz hotel, przejeżdżaliśmy przez Sliemę, ale jakoś nigdy nie wysiedliśmy na szersze zwiedzanie. Nie cała wyspa została przez nas odkryta, ale na penwo będzie jeszcze okazja aby to nadrobić. Zamierzam tam wrócić i to nie jeden raz.






W kolejnej odsłonie, trochę turkusowej wody i przygody. Zapraszam!