29 czerwca 2012

2. Barcelona - Gaudi, Sagrada i hostel Grafitti

          Przemieszczam się najczęściej tylko z bagażem podręcznym. Mam małą walizeczkę na kółkach i stały repertuar miniaturkowych kosmetyków. Dzięki temu nie muszę zjawiać się na lotnisku min. 2 godziny przed odlotem i oddawać bagażu do łuku. No i co najważniejsze, nie muszę płacić za bagaż, który w większości przypadków byłby droższy niż sam bilet lotniczy. Technikę pakowania mam opanowaną do perfekcji, mieści się wszystko, łącznie ze sprzętem do nurkowania. Oczywiście nie butla i płetwy :) raczej okulary, rurki i buty. Dlatego też na lotnisko zazwyczaj przyjeżdżam około godziny przed odlotem. Albo i później. Tak było i w Maladze. Przyjechaliśmy na miejsce, przeszli przez baaardzo duże lotnisko i ustawiliśmy się do długiej kolejki pod Gate'm "Barcelona". Pierwsza stała pewna pani z mężem, w wieku około 40 - 45 lat. Pani rzucała się bardzo w oczy bo stała niezmiernie dumna z tego, że jest pierwsza. Miała na sobie czerwoną spódnicę i białą bluzkę. Stała podparta łokciem o ladę, ze skrzyżowanymi nogami, oscentacyjnie wachlując się kartą pokładową, raz jedną, raz drugą ręką, spoglądając z pogardą na kolejkę czy widzi, że to ONA wejdzie do samolotu jako pierwsza. Swojego miejsca nie opuściła na krok. Po kilkunastu minutach, z telewizorka zniknął napis "Barcelona", ale nikt się tym jakoś specjalnie nie przejął. Jeśli się coś zmieni, to na pewno nas o tym poinformują. I poinformowali .... wyświetlając Barcelonę przy bramce obok, przy której zawinięty był ogonek kolejki i, przy której staliśmy akurat my. Tym sposobem to my weszliśmy jako pierwsi, a dumna pani stała na końcu kolejki czerwona jak burak, wyśmiana przez resztę pasażerów, z jej mężem na czele :-) Potem już sama  też z tego śmiała.

         
          Lot był krótki, trwał coś około godziny. Lądowaliśmy właściwie w Gironie, w mieście oddalonym od Barcelony o 102 km. To sporo, ale takie są właśnie uroki taniego podróżowania - tani przewoźnicy lądują często na lotniskach oddalonych od tych głównych miast, przy których jest więcej niż jedno lotnisko. W Barcelonie też jest kilka, a Girona to właśnie jedno z nich. Ale coś za coś. Za bilet na to główne pewnie nigdy nie zapłacilabym 2,01 €. Dojazd do centum Barcelony jest dobrze zorganizowany. Przed terminalem stoi kilka autokarów, zsynchronizowanych z rozkładem przylotów. Można skorzystać też z koleji. Pociąg cenowo wychodzi o kilka euro mniej, ale czas podróży się wydłuża - trzeba się jakoś do dworca kolejowego dostać i pewie na pociąg swoje odczekać. My wpakowaliśmy się do autokaru. Jednak już na dzień dobry tzw. "niesmak pozostał", bo pani w kasie nie wydała nam reszty, o czym zorientowaliśmy dopiero po odpaleniu przez kierowcę autokaru, zauważając szyld z ceną 12 €. W sumie to tylko 1 €, a może aż. Bilety były wyraźnie droższe niż te w Maladze, tym samym kieszonkowe przeznaczone na Barcelonę trochę się skurczyło, a przecież za 3 dni trzeba tu jeszcze wrócić. Ale co tam. Zawsze awaryjnie mam jakąś kartę Skarbonkę, aby nie było niespodzianek. Pewnie wiele osób sie teraz zastanawia, dlaczego nie sprawdziłam wcześniej ile kosztują bilety i udaję wielce zaskoczoną, że drogo. Owszem, sprawdziłam, zawsze sprawdzam wszystko, co danego miejsca dotyczy, ale na stronach nie zawsze te informacje i arytkuły są aktualne. Często na forach wypowiadają się także osoby, które odwiedzały dane miejsce 2 - 3 lata wstecz, a niestety z roku na rok wszystko staje się parę złotych/euro droższe. Teraz już tą zasadę znam i biorę poprawkę na to co czytam. A z ciekawości powiem, że wyczytałam kwotę 8 €. Droga trwała ponad godzinę, zdążyliśmy się zdżemnąć, bo po drodze nie było nic ciekawego, same pola :) Przebudziliśmy się tuż przed wjazdem do Barcelony, pierwsze wrażenie było ogromne, chłonęłam wzrokiem te wszystkie budynki i architekturę. Miasto nie wydało mi się podobne do żadnego innego.
           Wysiedliśmy na głównym dworcu autobusowym i udaliśmy się do metra, przez które przewijało się, jak to w metrze, setki ludzi. Pamiętam, że mieliśmy trudności z zakupem biletów i w ogóle w odnalezieniu się tam, który numer, jaki kolor, z której strony i gdzie w ogóle wysiąść. Moim zdaniem jakieś mało czytelne to metro, ale może tylko mi się wydaje. W sumie za pierwszym razem, jak się idzie lub jedzie tylko na podstawie wskazówek hotelu i tego, co udało się znaleźć w sieci, to wcale nie jest to takie hop. Niemniej jednak, zawsze jakoś się udaje :)
          Wyszliśmy chyba o jedną stację za wcześnie, więc musieliśmy przejść kawałeczek pieszo. I tu ujawnia się kolejny pozytyw walizki podręcznej: nie trzeba deptać z 30 kilowymi tobołami w nieznane. Hostel "Grafitti" jak się okazało, to po prostu całe jedno piętro w starej kamienicy, na samej górze. Weszliśmy po schodach, po prawej uchylone były drzwi do ogromnej sali, w której było ze 20 dwupiętrowych łóżek i przewijała się cała masa przeróżnych ludzi. "Boże spraw, żeby to nie było to". Z lewej strony wyszedł koleś, baaardzo sympatyczny i otwarty, przywitał się i zaprosił nas na lewo. "Uff..." dosłownie - odetchnęłam z ulgą, że nie prowadzi nas na prawo. Weszliśmy do pseudo biura, poprosił o wydrukowaną rezerwację, spisał dowody i zaprasza na pokoje. Zgadnijcie gdzie nas zaprowadził.... Oczywiście, że na prawo. Juz pal licho te 20 łóżek, ale standard i czystość znacznie odbiegała od tego co na zdjęciach .... po grafitti, od którego wzięła się nazwa hostelu, nie było już śladu, w dodatku w rogu pokoju była toaleta i prysznic za kotarką, która za każdym razem fruwała jak ktoś przechodził na taras. Bo z tego pokoju były dwa wejścia na wielki taras, na którym siedzieli sobie goście z dredami, popijając Sangrię i uderzając w afrykańskie bębny. Zero jakiejkolwiek organizacji. Liczyłam na to, że przynajmniej dostaniemy jedno dwupiętrwe łóżko lub przynajmniej obok siebie, a chłopek pokręcił się, podrapał po głowie ... "Ciebie położymy tu .... ( na środku sali, na górze) a Ciebie ... hmmm ...." - wspazując palcem na łóżko przy ścianie - "Ten się już chyba dzisiaj wyniósł więc to łóżko jest wolne". A tam zwinięta kołdra w kłębek, jakby ktoś zaspał i w panice z betów wyskoczył, o tym, że pościel nie przebrana już nawet nie wspomnę. Przesunął jeszcze nogą rzeczy właściciela z sąsiedniego łóżka, które wchodziły na naszą część i radośnie odszedł. Zrezygowani, odstawiliśmy walizki i zdecydowali, że i tak zawsze śpimy na jednym, więc i tym razem nie będzie inaczej, pomimo tego, że to jedynka. Poprosiliśmy o świeżą pościel, przebrali ją sobie sami i wyszli stamtąd czym prędzej.
          Z hostelu do Sagrada Familia jest rzut beretem, więc postanowiliśmy pierwsze kroki skierować własnie tam, ale wcześniej chcieliśmy coś zjeść. Wbrew pozorom nie łatwo było znaleźć cokolwiek, co przypominało restaurację, bar czy fast food. A że trwała wlaśnie siesta (znowu), nie wszystko było też czynne. Weszliśmy w końcu do małej, uroczej knajpki, prowadzonej przez Wietnamczyków. Zamówiliśmy jakieś kanapki na ciepło, D. docisnął jeszcze hot dogiem, wypiliśmy po puszce coli i wyszli, stwierdzając, że Barcelona raczej do tanich miast nie należy. Za winklem wyłoniła się olbrzymia Sagrada Familia, która na żywo jest po prostu łał. Dookoła stoją szpecące dźwigi i żurawie, bo, pewnie jak wielu z Was wiadomo, katedra nie została jeszcze skończona. Sztuka Gaudiego, uznawana za kontrowersyjną w czasach, w których żył, dziś zachwyca i ściąga do Barcelony tysiące ciekawskich. Zachwyciła nawet mnie, "eksperta" w tej dziedzinie, jak i w każdej innej zresztą :)







Na przeciwko katedry jest niewielki park z jeziorkiem.



Posiedzieliśmy chwilę w parku, podziwiając ogrom katedry i ilość Chińczyków z aparatami na szyi, którzy się chwilę pokręcili, porobili zdjęcia, wsiedli do autokarów i odjechali.



          Na podstawie mapki, ustaliliśmy dalszą część spaceru. Udaliśmy się w kierunku portu, do którego główna droga prowadziła cały czas prosto. Po drodze minęliśmy Plaza de Toros, w której także odbywają się reguralne walki z bykami. Trafiliśmy akurat na protest obrońców środowiska, głośno skandujących i trzymających transparenty z napisem "Stop killing animals". Stroje ich były całe "zakrwawione" czerwoną farbą. Nie dało się ich nie zauwazyć. No, ale w końcu taki był ich cel.



Z daleka także było widać Torre Agbar. Fasada tego biurowca cała pokryta jest szkłem, a w nocy jest pięknie oświetlony i przypomina ruską lampkę nocną, w której po nagrzaniu pływają kulki roztopionego wosku, znana także jako lampa z Simów :)



W całym mieście stoją takie dziwaczne ... nie wiem jak to nazwać. Beata mówi, że to "instalacja artystyczna" :D


Dotarliśmy do morza. Na plażowanie było już trochę za późno, ale i tak wszędzie siedziało jeszcze sporo ludzi. W tle stoi budynek przypominający znany, siedmiogwiazdkowy (!) hotel w Dubaju: Burj-al-Arab. W tym w Barcelonie, mieści się siedziba Światowego Centrum Handlu.



Dwie wieże: Torre Mapfre i Hotel Arts.


Widok na plażę z drugiej strony. Z tej strony wieczorami przesiaduje strasznie dużo czarnoskórych. Nie to, żebym coś do nich miała, ale zachowują się tam trochę jak małpy w zoo, łażą, skaczą, wspinają się po płocie i do tego śmiecą i są bardzo głośni. 



I port.


W porcie stoi wiele luksusowych jachtów, ze skórzanymi kanapami i skuterami na pokładzie, a na parkingu czekały na właścicieli jachtów, Bentley'e i takie tam inne cuda.



          Możecie mi wierzyć lub nie, ale kompletnie nie pamiętam powrotu do hostelu i tego, jak przebiegła pierwsza noc. Pamiętam tylko tyle, że na łóżku obok, spała jakaś tajemnicza postać, mówiliśmy na nią Sztuczka Magiczka, bo ze zwitka niezbyt czystych rzeczy wysypywały się karty, kości i inne kapelusze. Po hostelu cały czas kręcił się też jakiś koleś, który niby był z obsługi, ale zachowywał się tak, jakby sam był gościem. Ciężko powiedzieć co to za jeden, wydaje mi się, że nocował tam tak długo, aż sam stał się częścią tego hostelu, zaprzyjaźnił z właścicielem i tak już został. Pod sąsiednim łóżkiem (od Sztuczki Magiczki), schowana była też jakaś kosmetyczka, do której co chwilę sięgał ktoś inny i wypsikujac pół znajdującego się tam dezodorantu, uznawał to za poranną toaletę. Dlatego ciężko było stwierdzić, do kogo należą te karty i w ogóle bagaż, skoro przez cały nasz i tak krótki pobyt na tym łóżku spałko kilka zupełnie innych osób i każda z nich korzystała z tego samego sposobu "porannej toalety".
          Śniadane zjedliśmy na tarasie, były to standardowo bułki z pasztetem, serem, hiszpańską kiełbasą i pomidorami. Zapiliśmy kawą, herbatą i poszliśmy zwiedzać, zabierając ze sobą stroje kąpielowe. Nie nastawialiśmy się na szablonowe zwiedzanie z przewodnikiem każdego jednego obiektu, raczej szliśmy przed siebie, spoglądając co chwilę w przewodnik czym jest przypadkowo napodkany budynek czy plac. Postanowiliśmy jedynie zacząć od Casa Batllo, bo znajdował się niedaleko Sagrada Familia, a tym samym niedaleko naszego hostelu.
 

          Uwielbiam Gaudiego. Domek na żywo wygląda przepięknie. Dach przypomina skórę węża, fasada to rybie łuski, balkony tworzą kości, a niektóre mają nawet oczka :) Casa Batllo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.



La Rambla - słynna ruchliwa ulica, na której przez całą dobę dużo się dzieje.


Artyści, muzycy, stragany, pełno ludzi ... Ten wzbudził największe zainteresowanie.


Szkoda, że akurat się wrąbał i zasłonił ten ładny obraz.


Od La Rambla rozchodzi się wiele wąskich uliczek.



Jedną z nich dochodzi się do Placa Reial.


Na Placa Reial kręcili akurat jakiś film. Ciekawe który?







Na końcu La Rambli stoi kolumna Krzyszfofa Kolumba, wybudowana w 1888 roku.


          
Wbrew pozorom, trochę zeszliśmy. Upał był nieziemski, dlatego stwierdziliśmy, że idziemy na plażę. Przy Kolumbie zaczyna się port, więc do wody już nie było daleko. Wiem, że nie zobaczyliśmy jeszcze wiele, ale dzięki temu jest pretekst, aby tu kiedyś wrócić :-)


          Woda miała piękny turkusowy kolor, fale były ogromne, a piasek był złoty, jakby z domieszką brokatu. Pięknie mienił się w słońcu. Nie mam żadnego zdjęcia, bo nie odważylam się paradować z aparatem na plaży. Barcelona to podobno miasto złodziei. Wolałam nie kusić losu.
          Po plaży chodziło, oczywiście jak wszędzie, wielu sprzedawców typu "Lody, lody, jagodzianki" czy "Gorrrrąca kukurydza". Normalnie nie przykuwają jakoś szczególnie mojej uwagi, ale na tej plaży był taki jeden. Na pewno nie był Hiszpanem, choć karnację śniadawą miał. Chodził w te i z powrotem z białą marketową jednorazówką, w której miał puszki Coli, Fanty i piwa, wołając "Zimna Cola, Fanta, Cerveza !" Ten tekst miał tak wyuczony, że brział za każdym razem dokładnie tak samo, jak by nagrany. Jednak co mnie tak zastanowiło: skąd on w tym 40 stopniowym upale ma zimne piwo i colę? Przecież nie miał żadnej lodóweczki, chodził tylko z reklamówką. Na plaży miał rozłożony ręcznik i co chwilę do niego podchodził. W pierwszej chwili przewrażliwiona, myślałam, że własnie komuś coś kradnie, ale po dłuższej obserwacji, okazało się, że pod ręcznikiem wykopany ma dołek i tam chłodzą się te jego słynne Cole, Fanty i Cervezy. Był przeuroczy i strasznie przejęty swoją rolą. A napoje były rzeczywiście zimne, jak obiecywał ;-)
          Po bardzo udanym dniu, zmęczeni wróciliśmy do hostelu. Chcieliśmy zmyć z siebie ten piach, fakt, piękny, ale tak samo uciążliwy jak każdy inny ;-) Ale prysznic z pseudo kotarką w rogu pokoju w ogóle nie wchodził w grę. Na szczęście po drugiej stronie hostelu była taka ciut lepsza część, gdzie były normalne łazienki i ubikacja. Stwierdziliśmy, że wykąpiemy się tam. Elegancko cała namydlona, piana na głowie, jak Ernie w Ulicy Sezamkowej przy piosence o swojej żółtej kaczuszce, odkręcam wodę aby się spłukać, a tu wody brak ... ani ciepłej, ani zimnej, nic, null, niente! Nie poleciała ani jedna kropla. Co tu teraz robić? Ani tak wyjść i zapytać co się stało, ani krzyczeć przez otwarte w łazience okno ... bo w sumie jakby nie było, weszliśmy do tej łazienki trochę nielegalnie. Nasza była w pokoju! "To pewnie za karę" - pomyslałam, rzucając kolejnymi *^#*^!#$*%. Nie wiem ile to trwalo, ale doczekalismy się na bierzącą wodę i spłukaliśmy wreszcie zaschniętą już pianę. 
           Choć wtedy nie było mi do śmiechu (jedyne z czego się cieszyłam to z tego, że jutro opuszczamy ten "hostel"), stwierdziliśmy jednogłośnie przed zaśnięciem, że w sumie nie było znowu aż tak źle. Przynajmniej było wesoło i takie doświadczenia wpisane są w ten rodzaj podróżowania. No i będzie co wspominać, a już na pewno kiedyś będziemy się z tego śmiać. I tak też własnie jest :-)


P.S. Zaglądałam ostatnio na stronę "Grafitti" i wygląda na to, że jest po remoncie. Tym samym nie jest juz najtańszym hostelem w mieście. Ciekawe tylko czy w ogranizacji się coś zmieniło? Czy nadal śpi się na przypadkowych łóżkach?


24 czerwca 2012

1. Malaga Tiki Taki



     Dałam w końcu namówić się na założenie bloga i na podzielenie się swoimi doświadczeniami, wrażeniami, przygodami i wszystkim tym, co z wyjazdem związane. Beata, to przez Ciebie  :)
Zastanawiałam się od czego zacząć: od początku ? Od pierwszego wyjazdu? Od ostatniego, bo niby jeszcze wszystko na świeżo? Zdecydowałam, że zacznę od tego najbliższego memu sercu i takiego, który pozostawił po sobie największe wrażenia i po powrocie którego najbardziej płakałam. 
W kwietniu 2010 roku, dokładnie w wielkanocną niedzielę, obowiązkowo dzień zaczęłam od przeszukania inspiracji do kolejnych wojaży, na stronach tanich linii lotniczych oraz baz noclegowych. Od dawna chodziła za mną Malta, więc postanowiłam  na niej skupić się w swoich poszukiwaniach. Długo nie musiałam szukać, oczom mym ukazał się 3 gwiazdkowy hotel, w pięknej okolicy Qawra na Malcie, za jedyne 38 zł ze śniadaniem. Przetarłam oczy, aby upewnić się, czy z przodu lub z tyłu  nie stoi jeszcze jakaś cyfra. Nie stała. Przecież najtańsze noclegi nad Bałtykiem zaczynają się od 35 zł, więc oferta wydała mi się na tyle interesująca, że nie mogłam z niej nie skorzystać. Kilka minut później, trochę bijąc się z myślami, bo przecież ani nie mam jeszcze biletów lotniczych, ani nawet nie wiem jak się tam dostać, w mojej skrzynce mailowej pojawiło się potwierdzenie rezerwacji na 7 noclegów. Radość, podekscytowanie i świadomość spełniającego się marzenia unosiły mnie nad ziemię. Teraz to już nie ma odwrotu! Są noclegi, więc choćby nie wiem co, polecę!

       Jakiś czas później, namiętnie przeglądając stronę Ryanaira, stwierdziłam, że przecież lot na Maltę nie musi koniecznie odbywać się z Polski. Urlop trwa 2 tygodnie, na Malcie mam 7 noclegów, więc 7 mogę spokojnie spędzić gdzieś indziej niż w domu, gdzie pewnie nie robiłabym nic innego jak tylko sprzątała. Zaintrygowała mnie Malaga, która brzmi jakoś tak egzotycznie, niespotykanie no i leży w Hiszpanii, w której jeszcze nigdy nie byłam. Zabukowałam więc jedne z najtańszych wówczas biletów, z Krakowa na Malagę. Koszt dwóch to 168 zł. Już wtedy oczywiste było, że nie skończy się tylko na Maladze i Malcie, bo nie ma bezpośrednich połączeń łączących te dwie destynacje. Sprawdziłam szybko które lotnisko przyjmuje samoloty z obu tych miejsc i okazało się, że jest to Barcelona.  – Kurcze super! – Pomyślałam, w końcu nic lepszego i tak chyba już nie znajdę :) A Sagrada Familia, Gaudi, La Rambla brzmiały niezwykle zachęcająco. Cena biletu, jaką ujrzałam spowodowała, że nie wahałam się ani minuty dłużej. Było to 2,01 euro za jeden. To jak bilet miejski do Katowic i z powrotem. Jak półtora litra paliwa, 3/4 paczki fajek lub 3 browary. Takie to porównania pojawiły się w mojej głowie. Zwyczajnie nie dało się przejść obok takiej okazji obojętnie. Kupiłam. 
Tegoroczne wakacje stawały się być coraz bardziej wyczekiwane. Po drodze będzie jeszcze Malmo, o którym też kiedyś napiszę. Zostało już tylko zabukować bilety z Barcelony na Maltę i te z Malty do Krakowa . Od razu zaklepałam te pierwsze, bo cena była przyzwoita. Wyniosło mnie to kilkanaście euro za oba (kojarzy mi się kwota 59 zł). Te ostatnie to szczerze nawet nie pamiętam kiedy i za ile. Jakoś ten moment wykasował się z pamięci, pewnie dlatego, że powrót to najmniej przyjemny moment całego wyjazdu.

      Noclegi rezerwuję najczęściej na stronie hostelsclub.com lub booking.com. Nie było problemu ze znalezieniem łóżek w hostelu w Maladze. Koszt za dobę coś około 36 zł ze śniadaniem. Nigdy wcześniej nie nocowałam w hostelu, byłam bardzo ciekawa jak opis i zdjęcia mają się do rzeczywistości, kogo można tam spotkać i w ogóle czy Malaga jest taka, jak ją sobie wyobrażam. W Barcelonie też wyświetliła mi się cała masa hosteli, jednak ceny były wyższe, niż te w Maladze. Zdecydowałam się na ten najtańszy. Nazywał się Grafitti. Wydawał się bardzo kolorowy, czysty i blisko Sagrada Familia. Jak się okazało, nie był to najlepszy wybór, ale o tym później. Teraz, kiedy już wreszcie wszystko zaplanowane i zaklepane, zostaje skreślać „iksy” w kalendarzu i odkładać kieszonkowe.



    Nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Samolot ruszył, stewardessy wymachały instrukcję bezpieczeństwa, po czym okazało się, że nie ma wolnego kanału na niebie i nie możemy odlecieć. Miało to potrwać około 15 minut a siedzieliśmy tak godzinę. Poirytowani palacze zażądali otwarcia drzwi i przystawienia schodów, bo przecież nie wysiedzą tu tyle czasu bez papierosa. Oczywiście nie było takiej możliwości, ale panowie nie dali za wygraną i rzucili pomysłem, aby otworzyć same drzwi „a my sobie tak tylko na zewnątrz będziemy dmuchać" :) Stewardessa pozostawiła to bez komentarza i poprosiła o zajęcie swoich miejsc, gdyż mogliśmy wreszcie ruszać. 
Lot trwał długo, bo około 4,5 godziny. Samolot wzbił się bardzo wysoko, miałam wrażenie, że lecimy w kosmos.


 Przy lądowaniu trochę nami rzucało, wiatr unosił raz do góry raz gwałtownie w dół, jak typowy roller coaster, fajne to było, choć niektórzy zaczęli panikować.


Bardzo ciekawe były te okrągłe pola. W końcu samolot usiadł na ziemi, rozległy się gromkie brawa, które osobiście w niczym mi nie przeszkadzają. Dziwi mnie ta nagonka na to, że niby wstyd, że w takim razie kierowcy autobusu też powinno się bić brawo przy każdym zatrzymaniu się na przystanku ... takie porównanie wydaje mi się nieuzasadnione i większym wstydem są dla mnie przysłowiowe skarpetki do sandałów lub paradujące, roznegliżowane turystki w Egipcie, które nie szanują tamtejszej kultury (być może nawet nie mają pojęcia o jakiejkolwiek kulturze).

Po dotarciu na miejsce, do centrum Malagi dostaliśmy się autobusem miejskim. Lotnisko oddalone jest zaledwie o 15 minut. Trafiliśmy na siestę, więc miasto było puste a sklepy i knajpy pozamykane. Do hostelu poszliśmy pieszo, na szczęście nie było daleko. Po zakwaterowaniu i odświeżeniu się, poszliśmy coś zjeść i obejrzeć okolicę. Siesta jeszcze trwała przez 10 minut, ale sympatyczny właściciel restauracji zlitował się i przygotował stolik dla spragnionych wędrowców :)

Wakacje rozpoczęły się!







Przy plaży kręciło się bardzo dużo kotków, rybacy i inni mieszkańcy dokarmiali je, o czym świadczyły poustawiane miseczki z suchą karmą, wodą i rybami. Ale nie dawały się pogłaskać.

Następnego ranka zeszliśmy na śniadanie. W jadalni kręcił się tylko jakiś wysoki młody facet, który ustawiał stoliki i krzesła. Nie dowiedziałam się dokładnie do której godziny serwują śniadanie więc prosiłam D. aby zapytał. Ja jakoś się wstydziłam. Po kilku "no weś zapytaj!" podchodzi wysoki koleś, uśmiecha się i zagaja po polsku: "O co się masz zapytać, co chcecie wiedzieć? Jeszcze kawy dobrze nie wypiłeś a już od samego rana coś od Ciebie chcą, weś zapytaj i weś zapytaj! " :) A mi jakby ktoś w pysk dał. Szybko odtworzyłam w głowie, co takiego jeszcze mówiłam, żeby przypału nie było, ale nie. Raczej staram się uważać na to co i przy kim mówię, bo nigdy nie wiadomo kto nas słucha a kto rozumie. Okazało się, że Daniel, bo tak miał na imię, przyjechał w któreś wakacje i nocował w tym hostelu, potem został na dłużej i pracuje tam do dziś (no, przynajmniej do wtedy). Zjedliśmy tosty z dżemem, wypili kawę i poszli na plażę.
Śniadanie nie było specjalnie powalające, no, ale było. Później okazało się, że serwują jeszcze ser i wędliny, ale za późno przyszliśmy i załapaliśmy się już tylko na dżem. A pozatym to chyba jedyny hostel, w którym ja osobiście spotkałam się ze śniadaniem. W każdym następnym przyrządzaliśmy je sobie sami.


To był piękny i upalny dzień. 



Plaża wydaje się być zatłoczona, jednak na żywo nie było to jakoś speclajnie uciążliwe. Piach był tak gorący, że nie dało się przejść spokojnie do wody, trzeba  było biec. Wynajęliśy leżaczki z parasolką, bo po pierwsze za gorący ten piach, aby na nim leżeć, a po drugie, to był pierwszy dzień w pełnym słońcu, szkoda byłoby się tak od razu spalić. A pod parasolką zawsze jest trochę cienia. 



Po plażowaniu zrobiliśmy zakupy w supermarkecie i ugotowali  obiadokolację w dobrze wyposażonej w hostelu kuchni. Na deser był obowiązkowy słodki i soczysty arbuz. Po jedzeniu poszliśmy z powrotem do centrum, posiedzieć, wypić pyszne piwko produkowane w Maladze - San Miguel, popatrzeć na przesympatycznych tambylców i koty.





Ten pan jest ich właścicielem. Poźniej wskoczyły mu na kolana i tak przez chwilę jeszcze siedzieli. Kotki były bardzo rozmowne.

Dzielnica typowo turystyczna oddalona jest od centrum Malagi. I dobrze, bo miasto nie jest całe zawalone hotelami i turystami. Miejscowość ta, to Torremolinos, do której odjeżdza z centrum autobus miejski. Czas podróży to coś koło pół godziny. Koszt biletów - 1,50 euro. Udaliśmy się tam następnego dnia, z czystej ciekawości. Dzień był pochmurny, ale jeszcze bardziej upalny niż ten poprzedni.
W Torremolinos, jak w każdym kurorcie, było głośno i tłoczno, wszedzie hotele, stragany i restauracje. 






Nawet kaczuchy miały swój parasol. Z logo San Miguel :) Ciekawe czy w tym kubełku chłodziły się im browary.




Fajnie schowane w kwiatach prysznice. 





Wróciliśmy do Malagi i podobne jak poprzedniego dnia, udalismy się do marketu po zakupy i do hostelowej kuchni. Kręcił sie tam koleś, z wilgotnymi kręconymi blond włosami, wyglądał jak  jakiś surfer. Jakże byłam zaskoczona, kiedy odezwał się do nas po polsku. Okazało się, że jest z Warszawy i boi się latać. Jego droga autokarem trwała 60 godzin. Szacun. 
W kuchni urzędował także Włoch, a jego towarzysze podróży, jak zwykle głośni i radośni Włosi, czekali przy nakrytym stole na spagetti i sos. Wreszcie doczekali się na swoją pastę. Nakładaniu makaronu towarzyszyły brawa i śpiewy w podzięce dla kucharza. Miło się na nich patrzyło, jednak woleliśmy się wybrać na spacer, w poszukiwaniu słynnego Plaza de toros de la Malagueta. 
Miasto jest bardzo sympatyczne. Po drodze trafiliśmy na kilka parków, latarnię morską i małe jeziorko z wysepką. 








W Hiszpanii popularne są ala siłownie na swieżym powietrzu. Babuszka smigała jak jakaś 18tka. 




Przepiękny park Parque de Malaga, w którym znajduje się wiele różnych gatunków drzew, kwiatów i ptaków. Czułam się jak w oranżerii. 



Drzewo z kolcami. 





Wreszcie dotarliśmy do Plaza de toros de la Malagueta. Jednak nie jest aż tak spektakularny jak się spodziewałam. 


Tzn. wygląda ok, ale przechodząc obok, nie wiedząc, że to właśnie to słynne "kółko", nie domyśliłabym się, że to ono. No i z lotu ptaka robi większe wrażenie. Podobno nadal odbywają się tu korridy. 


Zmęczeni chodzeniem, postanowiliśmy znaleźć autobus, który zawiezie nas do hostelu. Z tego co pamiętam, na przystanku odbywał się jakiś straszny bałagan, rozkład sobie, autobus sobie. Co chwilę jakiś odjeżdzał jednak żaden nie jechał w kierunku, do którego zmierzaliśmy. Poszliśmy więc pieszo, a, że blisko nie było, po drodze trochę ^(%|^@%^*% z powodu bolących nóg. I do tego chciało mi się siku.
Dotarliśmy wreszcie, po drodze odwiedzając toaletę w dużym centrum handlowym. W hostelu włoska impreza trwała na całego. Trochę posiedzieliśmy z nimi, zjedli kolację, arbuza i poszli się pakować, bo po południu opuszczaliśmy Malagę i udawaliśmy się do Barcelony. 
Nazajutrz okazało się, że w hostelu pojawiło się kilku Polaków, którzy ubiegłej nocy zostali okradzeni. Głośne imprezowanie Włochów, przyciągnęło złodziejaszka, który wszedł jak gdyby nigdy nic do hostelu, podając się za gościa. Opędzlował portfele i wyszedł. Na szczęście, my w takich miejscach nocowaliśmy z portfelami pod poduszką, bo nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Może to i śmieszne, ale na pewno nie jest zabawne stracić prawie całe kieszonkowe już w pierwszy dzień swojego urlopu. 

Malaga to miasto trochę brudne, wszędzie te psie kupy, puste opakowania i furgające ulotki. Jednak pobyt  wspominam bardzo miło. Hostel okazał się także trochę brudniejszy niż się spodziewałam, ale zdałam sobie sprawę, że to wina gości. Wiele osób nie dba o łazienkę i kuchnię, bo to przecież "nie moje, a syf mógł zostawić ktoś inny". Spanie z innymi w jednym pokoju nie okazało się aż tak straszne, jak myślałam. Mimo wszystko następnym razem wolę dorzucić te parę groszy i mieć dwójkę, po której nikt inny się nie kręci. Chociaż, jak mówiłam, nie było to aż tak uciążliwe, bo nasze współlokatorki z Australii prowadziły zupełnie inny tryb życia niż my. One spały całymi dniami a w nocy imprezowały :) Tak więc mijaliśmy się tylko nad ranem i wieczorami.  

Ciąg dalszy, Barcelona i wreszcie Malta, w kolejnych odcinkach.