31 marca 2013

16. Stopover u szejków - Doha, Qatar.

          Tuż o świcie, wsiedliśmy do motorówki i odjechali na lotnisko, zostawiając za plecami Maafushi, resorty i latające rybki, razem ze wschodzącym słońcem. Musieliśmy popłynąć motorówką, bo jakoś dziwnie byliśmy przekonani, że odlot mamy o godz. 11 a nie 9:30. Prom z Maafushi odpływa o 7:30 więc nie zdążylibyśmy na samolot na pewno. Podróż kosztowała nas zdecydowanie więcej niż prom, no ale cóż było robić! Dobrze, że w ogóle było jakieś wyjście z tej sytuacji. 








Ostatnie spojrzenie na Male już z lotniska. 

Procedura odprawy na lotnisku w Male trwa dość długo, więc najlepiej nie zwlekać z dotarciem w ostatniej chwili.  Samolot wystartował punktualnie, był taki sam jak w tamtą stronę, z Doha do Male: bez monitorków w siedzeniu ale czysty i wygodny. Pogrążona w smutku, patrzyłam przez okno ostatni raz na miejsca, które okazały się dla mnie idealną terapią. Będąc na życiowym zakręcie polecam wyjazd na Malediwy. Są lekiem na całe zło :)


Na początku drogi widać tylko ocean, a później pustynię.


        W lutym, W Katarze jest ciepło i słonecznie, jednak niebo jest raczej mleczne niż błękitne. Temperatura sięga do dwudziestu kilku stopni, tak więc śmiało można zostać w szortach i krótkich rękawkach. 
             Na lotnisku czeka podstawiony przy samolocie autobus. Osoby posiadające całodniowy stopover w Doha, mający chęć wyjścia na zewnątrz i zwiedzenia miasta, powinni wysiąść na pierwszym przystanku, razem z osobami posiadającymi niebieską kopertę. Jeśli ktoś nie ma zamiaru opuszczać lotniska, należy udać się dalej. 

 Kolejka do odprawy paszportowej. Pan przy stanowisku pyta na jak długo zostajemy w Doha, jaki jest nasz cel wizyty i gdzie ewentualnie będziemy nocować.  Odpowiadamy zgodnie z prawdą, że mamy tylko przesiadkę, ale z chęcią wybierzemy się do miasta, aby je zobaczyć. Noclegów nie przewidujemy, wracamy na noc na lotnisko. Pan nie stwarzał żadnych problemów, wyglądał raczej na zadowolonego z tego, że zainteresowanie Doha wzrasta i że ludzie tak chętnie opuszczają lotnisko, płacąc za wizę za 1 dzień tyle samo co za 30. Wiza kosztuje 100 Riali, czyli ok. 90 zł. Zapłacić możemy tylko kartą kredytową, nie przyjmują gotówki! Więc warto upewnić się przed wyjazdem, że nasza karta jest akceptowalna na całym świecie. 

Pieniądze wymienić na lokalną walutę najlepiej od razu na lotnisku. Nigdzie nie są  przyjmowane dolary. Główne centrum miasta znajduje się za plecami lotniska i po wyjściu tak też się trzeba udać - wzdłuż ruchliwej ulicy, po której pędzą trąbiące turkusowe taksówki. Kilkaset metrów dalej, dochodzimy do dużego skrzyżowania z wiaduktem. Jeśli ktoś chce odwiedzić stare miasto, które wyglądem łudząco przypomina Kair, należy na skrzyżowaniu skręcić w lewo i iść cały czas prosto. Po drodze jest przystanek autobusowy, z którego odjeżdża autobus do głównego centrum - Skyline, o ile dobrze pamiętam o numerze 76. Bilet kupuje się u kierowcy, kosztuje 10 Riali. Jest możliwość dotarcia pod Skyline pieszo. Na wspomnianym już skrzyżowaniu, należy iść cały czas prosto. My podjechaliśmy autobusem, wysiadając na ostatnim przystanku, tuż przed ogromnym centrum handlowym z Carrefourem. Dookoła wszędzie drapacze chmur, w przeróżnych kolorach i kształtach. 






















Doha jest niesamowicie czyste, inne, luksusowe, egzotyczne. 









Pieszo poszliśmy nad zatokę, wzdłuż której przez kilka kilometrów ciągnie się przyjemny deptak. Wiele osób spaceruje solo lub w grupkach, uprawia jogging lub ćwiczy na jednej z kilku siłowni na świeżym powietrzu. 




Słońce zaczęło szybko zachodzić, a niebo ciągle było mleczne. 


 Doha ciągle się rozwija. W kilku miejscach powstają nowe, interesujące obiekty. 









Wszystko idealnie się złożyło: udało nam się zobaczyć Skyline w dzień i wieczorem - w całej okazałości, z drugiej strony zatoki. W tym miejscu mamy już za sobą dobre 5 km spaceru, dlatego nie decydujemy się na poszukiwanie przystanku autobusowego, tylko dojście pieszo do samego lotniska. 


Tym bardziej, że na samym końcu zatoki (lub na początku, zależy od której strony się idzie) stoi muszelka z perłą, którą bardzo chciałam zobaczyć. 



         Do lotniska z halą przylotów pozostał już zaledwie kilometr. Stamtąd na szczęście co 15 minut odjeżdża autobus dowożący turystów do lotniska transferowego. Czyli do tego z pierwszego posta, po którym kręciliśmy się na początku naszej wyprawy. Wyczerpani kilkugodzinnym spacerem, przeszliśmy do odprawy paszportowej i udaliśmy się w kolejkę po voucher na darmowy posiłek, przysługujący podróżnym Qatar Airways, na każde 5 godzin oczekiwania. My mieliśmy tych godzin 21 tak więc przysługiwały nam 3 posiłki. Pracownik Qatar Airways siedzi przy stoliku, niedaleko kantyny i wydaje na podstawie biletu voucher, na kolację, śniadanie, obiad lub lekki posiłek, w zależności od pory dnia. Dostaliśmy ryż z ostrym sosem curry z mięsem i bułkę oraz napój do wyboru: cola, sprite, woda, kawa, herbata lub sok. Na śniadanie podali ten sam zestaw, ale zamiast ryżu były frytki. Myślę, że gdyby tak chwilę dłużej postać w tej kolejce, można by zdecydować się na coś innego i samemu wybrać, a nie na ślepo brać to co podsuwa nam kelner. Ale z drugiej strony fajnie, że w ogóle zapewniony mamy posiłek, jakikolwiek.
          W sklepikach wydajemy ostatnie Riale na pamiątki i wodę. Padnięci instalujemy się na ławeczkach przy jednym z Gate`ów i usiłujemy zasnąć. Jednak tym razem na lotnisku dzieje się więcej niż ostatnio i ruch nie zmalał nawet grubo po północy. W międzyczasie zostaję poproszona przez starszą muzułmankę o zawiązanie jej na głowie chusty, którą przed chwilą sobie kupiła. Chusta miała tylko wycięcie na oczy, a ja w życiu tego nie robiłam. Ale zdecydowałam się jej pomóc. Zawiązałam ją chyba odwrotnie, bo przyjrzałam się później innym kobietom, noszącym ten sam model, że wstążeczka do wiązania przechodziła tuż nad oczami, a nie pod nosem :-) 
          Nad ranem zwolniło się parę miejsc w "cichym pokoju" z leżakami, tak więc spróbowaliśmy ostatnie godziny oczekiwania wygodnie tam przeczekać. Jednak ze spania nici. Gruby facet, śpiący na plecach tak piłował, że nie pomagała nawet w słuchawkach muzyka  na full. Później przyszła młoda muzułmanka, rozłożyła się na środku tej sali i zaczęła przebierać dziecku pieluchę. 
          Samolot do Warszawy mieliśmy o godzinie 9 rano, największa przygoda życia jak dotąd, dobiega  końca. Przypominają o tym także rozmowy rodaków, oczekujących przed wejściem do samolotu, przechwalających się na zmianę "A bo na Karaibach ostatnio jak byłem .... " , " A na Sri Lance ... a bo w Tajlandii" - do szału doprowadzają mnie te przechwałki, niby niewinna wymiana zdań.

Startowanie w Doha można obejrzeć tutaj oraz tu .

 Później już tylko relaks z Johny`m Walkerem, kreskówką z niemieckim dubbingiem i posiłkiem w wersji low fat. W Warszawie przywitał nas śnieg i mróz. Do Katowic dostaliśmy się LOTem, ustrzelonym w promocji za 155 zł w dwie strony. Jeszcze przez kilka dobrych dni dochodziłam do siebie i przestawiałam się  na zimowe temperatury. Najbardziej cieszyli się z tego moi współpracownicy, bo w końcu przestałam otwierać okno i intensywnie wietrzyć. 
Nie na długo :-) A malediwsko-katarski nastrój utrzymuje się do dnia dzisiejszego, ciągle wracam tam myślami, mając nadzieję na rychły powrót, nie tylko w mych snach.