2 grudnia 2012

9. Majówka w Cagliari - Sardynia - Włochy

          Uwielbiam miejsca nie skażone turystyką masową. Gdzie dziewiczy krajobraz oszpecony nie jest przez toporne hotele, wyrastające co sezon, jak grzyby po deszczu. Gdzie spacerując uliczkami miasta, łatwiej spotkać rdzennego mieszkańca, zaabsorbowanego zwykłymi, codziennymi czynnościami, niż tłum przeciskających się różnych narodowości turystów, a w szczególności tych, którzy wyjazd traktują w kategoriach rewii mody. Oszem, udaję się czasem i w takie znane, oklepane i przereklamowane miejsca, bo uważam, że każdy zakątek  jest ciekawy i godny odwiedzenia, jednak trzymam się z daleka od snobistycznych hoteli i nie zabieram w sierpniu skórzanych kozaków na deptak. Do tej pierwszej kategorii z pewnością zalicza się Sardynia, druga największa wyspa należąca do Włoch. 


          Sardynia znajdowała wysoką pozycję na mojej liście "koniecznie do zobaczenia", nieśmiało sprawdzałam ten kierunek przy każdej zmianie promocji w Ryanairze. Liczyłam, że upoluję coś na majówkę, ale nie było to wcale takie proste. Niełatwo jest ustrzelić najtańsze bilety na wypad weekendowy, a już tym bardziej na przedłużony weekend, gdzie amatorów taniego latania przybywa z dnia na dzień. Ale udało się, no i może nie na sam długi weekend majowy, ale 2 tygodnie później, tj. 13 - 16.05.2011. Bilety do Cagliari (stolicy wyspy) były w całkiem przystępnej cenie, jak na ten kierunek - 250 zł w obie strony.


          Przylecieliśmy około godziny 18:30. Lotnisko oddalone jest od Cagliari o 8 kilometrów. Lokalny autobus odjeżdża co pół godziny (bilet kosztuje 4 euro) i jedzie do dworca głównego przy Piazza Matteotti. Stamtąd przesiadaliśmy się na autobus nr1, jadący do Via Giotto - ulicę, na której znajdował się nasz nocleg. 
Zarezerwowałam nam pobyt w Guesthouse, o nazwie Domu de Jaja (22 euro/os). O godzinie 20 miała czekać na nas  Vanessa, aby wręczyć klucze i pokazać co i jak. Niestety coś jej wypadło i przysłała swojego męża. Byliśmy chwilę przed umówioną godziną, zaczekaliśmy więc, spoglądając na każdego zbliżającego się mężczyznę. W międzyczasie na skuterku podjechał dostawca pizzy, który narobił nam smaka. Znaleźć pizzerię - to był nasz plan na dzisiejszy wieczór. Przyszedł wreszcie, sympatyczny Italiano, nie mówiący po angielsku. My po włosku też molto poco, ale jakoś dogadaliśmy się co do najważniejszych kwestii. Domu de Jaja to duże mieszkanko starszej pani, która często gdzieś wyjeżdża. Usytuowane na bardzo przyjemnym osiedlu mieszkaniowym, na piątym piętrze. Przytulnie urządzone, czyściutkie, z dwiema łazienkami, dwoma balkonami, śniadaniem wliczonym w cenę. 3 pokoje są do dyspozycji gości. Italiano przekazał nam klucze, zaprowadził do pokoju, wyjaśnił, że rano o 8 będzie Vanessa - wnuczka starszej pani, która przygotuje dla nas śniadanie. Spytał, czy przypadkiem nie jesteśmy głodni, bo jeśli tak, to w okolicy jest pyszna pizzeria, oblegana przez miejscowych i gorąco ją poleca. Wręczył ulotkę, narysował mapkę i pożegnał się. Rzuciliśmy tobołki i wyruszyliśmy czym prędzej na poszukiwanie pizzerii o nazwie Evelyn. Idąc, według wskazówek Italiano, po 10 minutach byliśmy na miejscu. Miejsce przyjemne, wypełnione po brzegi. W środku sami Włosi, byliśmy jedynymi turystami. Każde z nas, zamówiło dla siebie inną pizzę, ja wzięłam z ziemniakami. Na przystawkę dostaliśmy miseczkę wielkich, zielonych oliwek. Były przepyszne, zniknęły w ciągu kilku minut. Atmosfera panująca w Evelyn nie pozwoliła nam zapomnieć, że jesteśmy we Włoszech - głośno, tłoczno, wesoło, własnych myśli nie słychać. Ale to tylko dodaje atrakcyjności temu miejscu. Cierpliwie czekając na posiłek, przyglądaliśmy się innym gościom, uśmiechając się pod nosem i co chwilę komentując "fajnie tu!" Pizza podawana jest dość szybko, mimo dużej ilości zamówień. Pizza jest z pieca ... i okazała się najpyszniejszą pizzą, jaką kiedykolwiek jadłam. Te ziemniaki były w postaci usmażonych jak frytki krążków, ułożone na pizzy, razem z innymi składnikami. 
          Rano pojawiła się Vanessa http://www.bed-and-breakfast.it/foto/5708_gestore.gif , dobrze mówiąca po angielsku. Zaparzyła nam pyszną mocną kawę z kafetery i bogato zastawiła stół, niczego nam nie żałując. Dobrze wiedziała, że goście z innych krajów jadają pierwszy posiłek raczej na słono, ale w koszyczku znajdowały się także typowe dla włoskiego śniadania biszkopty, ciastka i nadziewane rogaliki oraz owoce i soki. Po śniadaniu nawet nie pozwoliła nam po sobie posprzątać :-) Wręczyła nam foldery o Cagliari oraz mapkę miasta, na których zaznaczyła wszystkie ważniejsze miejsca do odwiedzenia. 

          Pogoda była przepiękna. Zabraliśmy stroje kąpielowe i ręczniki i pojechaliśmy do centrum. 


Osiedle, na którym mieszkaliśmy i przepięknie pachnący żywopłot. Intensywny, słodki zapach unosił się aż do piątego piętra.


Centrum miasta przy Piazza Matteotti. 






Dworzec główny, zarówno klejowy jak i autobusowy. 



Tuż przy dworcu, znajduje się przystań i duży port morski, do którego przypływają między innymi promy z Neapolu, Palermo czy Trapani. 


Często spotykane drzewko, którego kwiaty wyglądają jak szczotki do czyszczenia butelek.







Via Roma





Flaga Sardynii

Po spacerze wzdłuż portu, wybraliśmy się autobusem na plażę, do oddalonej o 6 km od dzielnicy Poetto.









W malowniczej zatoce, ciągnie się długa piaszczysta plaża. Znajduje się tam wiele tawern, restauracji, wypożyczali skuterów oraz klub windsurfingowy.





Wypiliśmy espresso w jednej z kawiarenek i poszliśmy wzdłuż morza, zgarniając po drodze muszelki, wyrzucane na brzeg przez fale. 








Piękne Morze Śródziemne i idealny wiatr, sprzyjający aktywnemu wypoczynkowi. 




My rozbiliśmy się na plaży i jedyną naszą aktywnością było ... zbieranie muszelek. Woda aż się prosiła, aby do niej wejść. A muszelki - żeby je pozbierać :-) Te najładniejsze zabrałam ze sobą do domu. 





To są takie momenty, kiedy w połowie maja, taplając się w turkusowym morzu, patrząc na męża robiącego mi zdjęcia, myślę sobie: niczego mi już więcej w życiu nie potrzeba. Jestem szczęśliwa.

***

          Na kolację udaliśmy się oczywiście do Evelyn. Obsługiwała nas ta sama, przemiła kelnerka. Podobnie jak wieczór wcześniej, byliśmy jedynymi obcokrajowcami. Zaciekawione kelnerki szeptały coś między sobą. Każdy zamówił po pizzy, a do picia zaoferowano nam lokalne piwo Ichnusa. Dostaliśmy oliwki i grzanki. Takie niby banalne, ale bardzo nam smakowały. Kelnerka podając nam piwo spytała skąd jesteśmy, po czym odwróciła się do koleżanek kelnerek i powiedziała Polacci !  :-) 




Po posiłku, zaoferowano nam deser, było to oczywiście Tiramisu. Było przepyszne i podobnie jak pizza - najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam. 


          W Cagliari podobno można spotkać flamingi. Postanowiliśmy je odnaleźć następnego dnia. Rano pogoda nie była najlepsza, niebo było pochmurne, wiało i trochę popadało. Vanessa nie mogła w ten dzień przygotować nam śniadania, poprosiła abyśmy zrobili to sami. Mogliśmy się częstować czym chcemy, wytłumaczyła tylko, w której szafce co możemy znaleźć. Po śniadaniu poszliśmy na przystanek, z którego odjeżdżają autobusy jadące do parku Molentargius - tam gnieżdżą się flamingi. Przeszliśmy przez czyściutkie osiedla, ozdobione kwiatami, krzewami, fontanną i z mini siłownią na świeżym powietrzu. Na samym końcu ogrodzony był plac, gdzie można wyprowadzać pieski, wyposażony w kosz i foliowe woreczki. 



           Korale kupiłam poprzedniego dnia na plaży, od imigranta z Kamerunu. Zawsze coś od nich kupuję, bo raz, że mi się ta biżuteria zwyczajnie podoba - ubóstwiam drewniane korale, a takich nie znajdę w żadnym sklepie, a dwa, jest mi ich zwyczajnie żal. Najczęściej przybywają promami nielegalnie, płyną kilka tygodni, gdzie na pokładzie dwóch (jak nie czterech) imigrantów przypada na jeden metr kwadratowy. Wyrzucani zostają do morza, kilkaset metrów od brzegu i dopływają. W ten sposób dostają szansę, na nowe, lepsze życie. 


Już sobie wyobrażam te przesiadujące tu wieczorami babuszki. 


          Dotarliśmy wreszcie do parku. Autobus jechał dość długo, bo ponad godzinę. Pogoda w międzyczasie poprawiła się. Od przystanku musieliśmy jeszcze kawałek dojść pieszo.  Myśleliśmy, że flamingów akurat nie ma, bo w parku żadnej żywej duszy nie było. Tylko kaktusy.



Pokręciliśmy się trochę, trafiliśmy na dwa małe jeziorka. Przypuściliśmy, że to chyba tu przesiadują sobie fla-mingi, ale poza czterema kaczkami, nic różowego nie rzuciło się nam w oczy. Stwierdziliśmy, że mamy pecha i już chcieliśmy wracać, kiedy na drodze pojawiło się włoskie małżeństwo. Pan niósł porządny aparat fotograficzny, z długim obiektywem.  Zapytaliśmy zatem o ptaki, bo przecież  takim sprzętem  pan chyba nie będzie kaczek fotografował. Powiedzieli, że flamingi są i że mamy iść za nimi. 


Za tymi dwoma jeziorkami, za wysoką trawą i drewnianym mostkiem, ukazały się dwa inne jeziora, o wiele większe. I cała masa różowych i pomarańczowych ptaków. 




Ptaki brodziły sobie radośnie, powolutku grupowo odsuwając się od nas. Na szczęście, pozwoliły się fotografować :-)





Cagliari to jedno z czterech miejsc w Europie, gdzie gniazdują flamingi. W roku 2011 z Tunezji przyleciało 8 tysięcy ptaków, aby złożyć jaja. 


Super było zobaczyć je na wolności, jeszcze w takich ilościach. 
Jeziora znajdują się niedaleko plaży, wiec korzystając z tego, że wyszło słońce, poszliśmy pospacerować brzegiem morza. 


Woda była całkowicie spokojna, z łatwością można było dostrzec, te piękne różnokolorowe pasy .





Wróciliśmy autobusem do centrum i udaliśmy się wgłąb starego miasteczka. 

W sukiennicach, spotkaliśmy taką oto ciekawostkę:

 Kotki przesiadujące razem z myszami.


Fajne, klimatyczne, wąskie uliczki. Ścieżki prowadzą cały czas pod górę. 























Zeszliśmy na dół i autobusem nr 1 pojechaliśmy .. oczywiście do Evelyn. 

 Tym razem ja wzięłam makaron, o ile dobrze pamiętam Spagetti Carbonara, a D. postanowił spróbować koninę - poleconą przez kucharza, jako jeden z tradycyjnych przysmaków kuchni sardyńskiej. Ceny w Evelyn są całkiem przyzwoite. Za pizzę płaciliśmy od 4,50 do 6 euro, za koninę 8. W sumie za dwa dania, z deserem i piwem wydaliśmy od 14 do 20 euro. Więc jak za  smaczną kuchnię, przemiłą atmosferę i obsługę, to naprawdę niewiele. 

          Ostatniego dnia, w mieszkaniu była już babuszka. Starsza, siwa, malutka. Obie z Vanessą, przyszykowały nam śniadanie. Zjedliśmy, spakowaliśmy się, pożegnali i pojechali do centrum. Przed odlotem  posiedzieliśmy jeszcze chwilę przy porcie. 




Ostatnie spojrzenie na stare miasto. 
Na lotnisku, zakupiliśmy duże zielone oliwki oraz Limoncello - pyszny likier cytrynowy.


Północna część wyspy, okolice Olbii, Costa Romantica, Costa Smeralda  i La Maddalena (nazwy brzmią jak telenowele wenezuelskie) - tutaj swoje wakacje spędzają na luksusowych jachtach, takie gwiazdy showbiznesu  jak Leonardo di Caprio, Julia Roberts czy Rihanna. 


         Nie mogę wypowiadać się o całej Sardynii, bo widziałam ledwie jej malutką cząstkę. Jednak o Cagliari mogę mówić tylko pozytywnie. Czuję niedosyt i mam chęć powrótu na wyspę, na odwiedzenie jej innych miast, takich jak Alghero czy własnie Olbia i La Maddalena.  Na moje szczęście - tanie linie dolatują także i w te okolice.