21 października 2012

6.2. Pół dnia w czerwonej Bolonii



           Rano, jeszcze w Ravennie, przywitała nas straszna ulewa, ale w Bolonii wisiały jedynie ciężkie chmury. I było ciepło. Mieliśmy kilka godzin na maraton po mieście, aby zobaczyć tyle, ile się da. 


Porta Galliera z 1661 roku. Jedna z 12 bram w mieście, które wyznaczają bieg dawnych murów.



Piazza dell'VIII Agosto, pomnik upamiętniający wypędzenie Austriaków z Bolonii 8 sierpnia 1848 roku. Po prawej ruiny z czasów rzymskich.


Schody, z XIX wieku, prowadzą do parku Della Montagnola.



Bolonia to miasto arkad i krużganków. I to jest właśnie to, co urzekło mnie w nim najbardziej i dlaczego uważam, że jest inne niż wszystkie. 


Szliśmy właściwie na oślep, ciągle przed siebie, robiąc zdjęcia sobie i każdemu napotkanemu po drodze budynkowi. Nie mieliśmy pojęcia, że idziemy "dobrze" czyli wprost na Piazza Maggiore.





I tak dotarliśmy na Piazza Maggiore. W tle widoczne Le due Torri -  dwie wieże, Torre degli Asinelli i Torre Garisenda. Wybudowane w średniowieczu, jedyne spośród kilkuset, które zachowały się do dziś. Wyższa wieża, przez długie lata spełniała rolę więzienia, zaś ta niższa pojawiła się poemacie "Boska Komedia" Dantego. 

Piazza Maggiore - Rynek Główny, tradycyjne miejsce spotkań bolońskich studentów. Zdjęcie poniżej po lewej, przedstawia najstarszy uniwersytet w Europie. Powstał z przekształcenia działających od IV wieku w Bolonii szkół prawa rzymskiego. Oficjalnie za datę powołania przyjmuje się rok 1087.







Po prawej, pomnik Neptuna i fontanną Giambologny.











Bazylika San Petronio z 1650 roku.

Kręciliśmy się chwilę po placu Maggiore, ale czas zaczynał nas gonić. I tak zdecydowaliśmy już wcześniej,  że jedziemy na lotnisko godzinę później, niż pierwotnie zakładaliśmy. Ledwo zdążyliśmy na niego, myśleliśmy, że dworzec jest trochę bliżej. Prawie w biegu wskoczyliśmy do odpalonego już autobusu. 
Był to bardzo udany wypad. Udało się zobaczyć dwa włoskie, urocze miasteczka, wykąpać w Adriatyku, wypić włoskie cappuccino i zjeść pizzę. Nasza polska pizza może i jest smaczna, ale niczym nie może równać się z tą włoską.
Samolot jakoś nie był specjalnie pełny, miejsca dodatkowo płatne, z większą przestrzenią na nogi (teoretycznie) były puste. Podczas wchodzenia do samolotu, stewardesa zaproponowała nam, abyśmy sobie na nich usiedli, na samym przodzie. Już dwa razy nam się taka sytuacja zdarzyła i co najlepsze - przy najtańszych biletach, jakie bukowałam: do Sztokholmu (19 zł)  i teraz :-) 

3 komentarze:

  1. Super wycieczka. Ale dzisiaj czytałam cały blog od początku i opisy Malty nieziemskie i zdjęcia też! Coś czuję, że niedługo będę miała ochotę tam zawitać. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. no proszę, widzę że tym samym szlakiem podążam, za 15 dni Bolonia:)

    OdpowiedzUsuń
  3. dzięki za fotki. Przydadzą się już lada dzien.

    OdpowiedzUsuń