24 czerwca 2012

1. Malaga Tiki Taki



     Dałam w końcu namówić się na założenie bloga i na podzielenie się swoimi doświadczeniami, wrażeniami, przygodami i wszystkim tym, co z wyjazdem związane. Beata, to przez Ciebie  :)
Zastanawiałam się od czego zacząć: od początku ? Od pierwszego wyjazdu? Od ostatniego, bo niby jeszcze wszystko na świeżo? Zdecydowałam, że zacznę od tego najbliższego memu sercu i takiego, który pozostawił po sobie największe wrażenia i po powrocie którego najbardziej płakałam. 
W kwietniu 2010 roku, dokładnie w wielkanocną niedzielę, obowiązkowo dzień zaczęłam od przeszukania inspiracji do kolejnych wojaży, na stronach tanich linii lotniczych oraz baz noclegowych. Od dawna chodziła za mną Malta, więc postanowiłam  na niej skupić się w swoich poszukiwaniach. Długo nie musiałam szukać, oczom mym ukazał się 3 gwiazdkowy hotel, w pięknej okolicy Qawra na Malcie, za jedyne 38 zł ze śniadaniem. Przetarłam oczy, aby upewnić się, czy z przodu lub z tyłu  nie stoi jeszcze jakaś cyfra. Nie stała. Przecież najtańsze noclegi nad Bałtykiem zaczynają się od 35 zł, więc oferta wydała mi się na tyle interesująca, że nie mogłam z niej nie skorzystać. Kilka minut później, trochę bijąc się z myślami, bo przecież ani nie mam jeszcze biletów lotniczych, ani nawet nie wiem jak się tam dostać, w mojej skrzynce mailowej pojawiło się potwierdzenie rezerwacji na 7 noclegów. Radość, podekscytowanie i świadomość spełniającego się marzenia unosiły mnie nad ziemię. Teraz to już nie ma odwrotu! Są noclegi, więc choćby nie wiem co, polecę!

       Jakiś czas później, namiętnie przeglądając stronę Ryanaira, stwierdziłam, że przecież lot na Maltę nie musi koniecznie odbywać się z Polski. Urlop trwa 2 tygodnie, na Malcie mam 7 noclegów, więc 7 mogę spokojnie spędzić gdzieś indziej niż w domu, gdzie pewnie nie robiłabym nic innego jak tylko sprzątała. Zaintrygowała mnie Malaga, która brzmi jakoś tak egzotycznie, niespotykanie no i leży w Hiszpanii, w której jeszcze nigdy nie byłam. Zabukowałam więc jedne z najtańszych wówczas biletów, z Krakowa na Malagę. Koszt dwóch to 168 zł. Już wtedy oczywiste było, że nie skończy się tylko na Maladze i Malcie, bo nie ma bezpośrednich połączeń łączących te dwie destynacje. Sprawdziłam szybko które lotnisko przyjmuje samoloty z obu tych miejsc i okazało się, że jest to Barcelona.  – Kurcze super! – Pomyślałam, w końcu nic lepszego i tak chyba już nie znajdę :) A Sagrada Familia, Gaudi, La Rambla brzmiały niezwykle zachęcająco. Cena biletu, jaką ujrzałam spowodowała, że nie wahałam się ani minuty dłużej. Było to 2,01 euro za jeden. To jak bilet miejski do Katowic i z powrotem. Jak półtora litra paliwa, 3/4 paczki fajek lub 3 browary. Takie to porównania pojawiły się w mojej głowie. Zwyczajnie nie dało się przejść obok takiej okazji obojętnie. Kupiłam. 
Tegoroczne wakacje stawały się być coraz bardziej wyczekiwane. Po drodze będzie jeszcze Malmo, o którym też kiedyś napiszę. Zostało już tylko zabukować bilety z Barcelony na Maltę i te z Malty do Krakowa . Od razu zaklepałam te pierwsze, bo cena była przyzwoita. Wyniosło mnie to kilkanaście euro za oba (kojarzy mi się kwota 59 zł). Te ostatnie to szczerze nawet nie pamiętam kiedy i za ile. Jakoś ten moment wykasował się z pamięci, pewnie dlatego, że powrót to najmniej przyjemny moment całego wyjazdu.

      Noclegi rezerwuję najczęściej na stronie hostelsclub.com lub booking.com. Nie było problemu ze znalezieniem łóżek w hostelu w Maladze. Koszt za dobę coś około 36 zł ze śniadaniem. Nigdy wcześniej nie nocowałam w hostelu, byłam bardzo ciekawa jak opis i zdjęcia mają się do rzeczywistości, kogo można tam spotkać i w ogóle czy Malaga jest taka, jak ją sobie wyobrażam. W Barcelonie też wyświetliła mi się cała masa hosteli, jednak ceny były wyższe, niż te w Maladze. Zdecydowałam się na ten najtańszy. Nazywał się Grafitti. Wydawał się bardzo kolorowy, czysty i blisko Sagrada Familia. Jak się okazało, nie był to najlepszy wybór, ale o tym później. Teraz, kiedy już wreszcie wszystko zaplanowane i zaklepane, zostaje skreślać „iksy” w kalendarzu i odkładać kieszonkowe.



    Nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Samolot ruszył, stewardessy wymachały instrukcję bezpieczeństwa, po czym okazało się, że nie ma wolnego kanału na niebie i nie możemy odlecieć. Miało to potrwać około 15 minut a siedzieliśmy tak godzinę. Poirytowani palacze zażądali otwarcia drzwi i przystawienia schodów, bo przecież nie wysiedzą tu tyle czasu bez papierosa. Oczywiście nie było takiej możliwości, ale panowie nie dali za wygraną i rzucili pomysłem, aby otworzyć same drzwi „a my sobie tak tylko na zewnątrz będziemy dmuchać" :) Stewardessa pozostawiła to bez komentarza i poprosiła o zajęcie swoich miejsc, gdyż mogliśmy wreszcie ruszać. 
Lot trwał długo, bo około 4,5 godziny. Samolot wzbił się bardzo wysoko, miałam wrażenie, że lecimy w kosmos.


 Przy lądowaniu trochę nami rzucało, wiatr unosił raz do góry raz gwałtownie w dół, jak typowy roller coaster, fajne to było, choć niektórzy zaczęli panikować.


Bardzo ciekawe były te okrągłe pola. W końcu samolot usiadł na ziemi, rozległy się gromkie brawa, które osobiście w niczym mi nie przeszkadzają. Dziwi mnie ta nagonka na to, że niby wstyd, że w takim razie kierowcy autobusu też powinno się bić brawo przy każdym zatrzymaniu się na przystanku ... takie porównanie wydaje mi się nieuzasadnione i większym wstydem są dla mnie przysłowiowe skarpetki do sandałów lub paradujące, roznegliżowane turystki w Egipcie, które nie szanują tamtejszej kultury (być może nawet nie mają pojęcia o jakiejkolwiek kulturze).

Po dotarciu na miejsce, do centrum Malagi dostaliśmy się autobusem miejskim. Lotnisko oddalone jest zaledwie o 15 minut. Trafiliśmy na siestę, więc miasto było puste a sklepy i knajpy pozamykane. Do hostelu poszliśmy pieszo, na szczęście nie było daleko. Po zakwaterowaniu i odświeżeniu się, poszliśmy coś zjeść i obejrzeć okolicę. Siesta jeszcze trwała przez 10 minut, ale sympatyczny właściciel restauracji zlitował się i przygotował stolik dla spragnionych wędrowców :)

Wakacje rozpoczęły się!







Przy plaży kręciło się bardzo dużo kotków, rybacy i inni mieszkańcy dokarmiali je, o czym świadczyły poustawiane miseczki z suchą karmą, wodą i rybami. Ale nie dawały się pogłaskać.

Następnego ranka zeszliśmy na śniadanie. W jadalni kręcił się tylko jakiś wysoki młody facet, który ustawiał stoliki i krzesła. Nie dowiedziałam się dokładnie do której godziny serwują śniadanie więc prosiłam D. aby zapytał. Ja jakoś się wstydziłam. Po kilku "no weś zapytaj!" podchodzi wysoki koleś, uśmiecha się i zagaja po polsku: "O co się masz zapytać, co chcecie wiedzieć? Jeszcze kawy dobrze nie wypiłeś a już od samego rana coś od Ciebie chcą, weś zapytaj i weś zapytaj! " :) A mi jakby ktoś w pysk dał. Szybko odtworzyłam w głowie, co takiego jeszcze mówiłam, żeby przypału nie było, ale nie. Raczej staram się uważać na to co i przy kim mówię, bo nigdy nie wiadomo kto nas słucha a kto rozumie. Okazało się, że Daniel, bo tak miał na imię, przyjechał w któreś wakacje i nocował w tym hostelu, potem został na dłużej i pracuje tam do dziś (no, przynajmniej do wtedy). Zjedliśmy tosty z dżemem, wypili kawę i poszli na plażę.
Śniadanie nie było specjalnie powalające, no, ale było. Później okazało się, że serwują jeszcze ser i wędliny, ale za późno przyszliśmy i załapaliśmy się już tylko na dżem. A pozatym to chyba jedyny hostel, w którym ja osobiście spotkałam się ze śniadaniem. W każdym następnym przyrządzaliśmy je sobie sami.


To był piękny i upalny dzień. 



Plaża wydaje się być zatłoczona, jednak na żywo nie było to jakoś speclajnie uciążliwe. Piach był tak gorący, że nie dało się przejść spokojnie do wody, trzeba  było biec. Wynajęliśy leżaczki z parasolką, bo po pierwsze za gorący ten piach, aby na nim leżeć, a po drugie, to był pierwszy dzień w pełnym słońcu, szkoda byłoby się tak od razu spalić. A pod parasolką zawsze jest trochę cienia. 



Po plażowaniu zrobiliśmy zakupy w supermarkecie i ugotowali  obiadokolację w dobrze wyposażonej w hostelu kuchni. Na deser był obowiązkowy słodki i soczysty arbuz. Po jedzeniu poszliśmy z powrotem do centrum, posiedzieć, wypić pyszne piwko produkowane w Maladze - San Miguel, popatrzeć na przesympatycznych tambylców i koty.





Ten pan jest ich właścicielem. Poźniej wskoczyły mu na kolana i tak przez chwilę jeszcze siedzieli. Kotki były bardzo rozmowne.

Dzielnica typowo turystyczna oddalona jest od centrum Malagi. I dobrze, bo miasto nie jest całe zawalone hotelami i turystami. Miejscowość ta, to Torremolinos, do której odjeżdza z centrum autobus miejski. Czas podróży to coś koło pół godziny. Koszt biletów - 1,50 euro. Udaliśmy się tam następnego dnia, z czystej ciekawości. Dzień był pochmurny, ale jeszcze bardziej upalny niż ten poprzedni.
W Torremolinos, jak w każdym kurorcie, było głośno i tłoczno, wszedzie hotele, stragany i restauracje. 






Nawet kaczuchy miały swój parasol. Z logo San Miguel :) Ciekawe czy w tym kubełku chłodziły się im browary.




Fajnie schowane w kwiatach prysznice. 





Wróciliśmy do Malagi i podobne jak poprzedniego dnia, udalismy się do marketu po zakupy i do hostelowej kuchni. Kręcił sie tam koleś, z wilgotnymi kręconymi blond włosami, wyglądał jak  jakiś surfer. Jakże byłam zaskoczona, kiedy odezwał się do nas po polsku. Okazało się, że jest z Warszawy i boi się latać. Jego droga autokarem trwała 60 godzin. Szacun. 
W kuchni urzędował także Włoch, a jego towarzysze podróży, jak zwykle głośni i radośni Włosi, czekali przy nakrytym stole na spagetti i sos. Wreszcie doczekali się na swoją pastę. Nakładaniu makaronu towarzyszyły brawa i śpiewy w podzięce dla kucharza. Miło się na nich patrzyło, jednak woleliśmy się wybrać na spacer, w poszukiwaniu słynnego Plaza de toros de la Malagueta. 
Miasto jest bardzo sympatyczne. Po drodze trafiliśmy na kilka parków, latarnię morską i małe jeziorko z wysepką. 








W Hiszpanii popularne są ala siłownie na swieżym powietrzu. Babuszka smigała jak jakaś 18tka. 




Przepiękny park Parque de Malaga, w którym znajduje się wiele różnych gatunków drzew, kwiatów i ptaków. Czułam się jak w oranżerii. 



Drzewo z kolcami. 





Wreszcie dotarliśmy do Plaza de toros de la Malagueta. Jednak nie jest aż tak spektakularny jak się spodziewałam. 


Tzn. wygląda ok, ale przechodząc obok, nie wiedząc, że to właśnie to słynne "kółko", nie domyśliłabym się, że to ono. No i z lotu ptaka robi większe wrażenie. Podobno nadal odbywają się tu korridy. 


Zmęczeni chodzeniem, postanowiliśmy znaleźć autobus, który zawiezie nas do hostelu. Z tego co pamiętam, na przystanku odbywał się jakiś straszny bałagan, rozkład sobie, autobus sobie. Co chwilę jakiś odjeżdzał jednak żaden nie jechał w kierunku, do którego zmierzaliśmy. Poszliśmy więc pieszo, a, że blisko nie było, po drodze trochę ^(%|^@%^*% z powodu bolących nóg. I do tego chciało mi się siku.
Dotarliśmy wreszcie, po drodze odwiedzając toaletę w dużym centrum handlowym. W hostelu włoska impreza trwała na całego. Trochę posiedzieliśmy z nimi, zjedli kolację, arbuza i poszli się pakować, bo po południu opuszczaliśmy Malagę i udawaliśmy się do Barcelony. 
Nazajutrz okazało się, że w hostelu pojawiło się kilku Polaków, którzy ubiegłej nocy zostali okradzeni. Głośne imprezowanie Włochów, przyciągnęło złodziejaszka, który wszedł jak gdyby nigdy nic do hostelu, podając się za gościa. Opędzlował portfele i wyszedł. Na szczęście, my w takich miejscach nocowaliśmy z portfelami pod poduszką, bo nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Może to i śmieszne, ale na pewno nie jest zabawne stracić prawie całe kieszonkowe już w pierwszy dzień swojego urlopu. 

Malaga to miasto trochę brudne, wszędzie te psie kupy, puste opakowania i furgające ulotki. Jednak pobyt  wspominam bardzo miło. Hostel okazał się także trochę brudniejszy niż się spodziewałam, ale zdałam sobie sprawę, że to wina gości. Wiele osób nie dba o łazienkę i kuchnię, bo to przecież "nie moje, a syf mógł zostawić ktoś inny". Spanie z innymi w jednym pokoju nie okazało się aż tak straszne, jak myślałam. Mimo wszystko następnym razem wolę dorzucić te parę groszy i mieć dwójkę, po której nikt inny się nie kręci. Chociaż, jak mówiłam, nie było to aż tak uciążliwe, bo nasze współlokatorki z Australii prowadziły zupełnie inny tryb życia niż my. One spały całymi dniami a w nocy imprezowały :) Tak więc mijaliśmy się tylko nad ranem i wieczorami.  

Ciąg dalszy, Barcelona i wreszcie Malta, w kolejnych odcinkach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz