Przemieszczam się najczęściej tylko z bagażem podręcznym. Mam małą walizeczkę na kółkach i stały repertuar miniaturkowych kosmetyków. Dzięki temu nie muszę zjawiać się na lotnisku min. 2 godziny przed odlotem i oddawać bagażu do łuku. No i co najważniejsze, nie muszę płacić za bagaż, który w większości przypadków byłby droższy niż sam bilet lotniczy. Technikę pakowania mam opanowaną do perfekcji, mieści się wszystko, łącznie ze sprzętem do nurkowania. Oczywiście nie butla i płetwy :) raczej okulary, rurki i buty. Dlatego też na lotnisko zazwyczaj przyjeżdżam około godziny przed odlotem. Albo i później. Tak było i w Maladze. Przyjechaliśmy na miejsce, przeszli przez baaardzo duże lotnisko i ustawiliśmy się do długiej kolejki pod Gate'm "Barcelona". Pierwsza stała pewna pani z mężem, w wieku około 40 - 45 lat. Pani rzucała się bardzo w oczy bo stała niezmiernie dumna z tego, że jest pierwsza. Miała na sobie czerwoną spódnicę i białą bluzkę. Stała podparta łokciem o ladę, ze skrzyżowanymi nogami, oscentacyjnie wachlując się kartą pokładową, raz jedną, raz drugą ręką, spoglądając z pogardą na kolejkę czy widzi, że to ONA wejdzie do samolotu jako pierwsza. Swojego miejsca nie opuściła na krok. Po kilkunastu minutach, z telewizorka zniknął napis "Barcelona", ale nikt się tym jakoś specjalnie nie przejął. Jeśli się coś zmieni, to na pewno nas o tym poinformują. I poinformowali .... wyświetlając Barcelonę przy bramce obok, przy której zawinięty był ogonek kolejki i, przy której staliśmy akurat my. Tym sposobem to my weszliśmy jako pierwsi, a dumna pani stała na końcu kolejki czerwona jak burak, wyśmiana przez resztę pasażerów, z jej mężem na czele :-) Potem już sama też z tego śmiała.
Lot był krótki, trwał coś około godziny. Lądowaliśmy właściwie w Gironie, w mieście oddalonym od Barcelony o 102 km. To sporo, ale takie są właśnie uroki taniego podróżowania - tani przewoźnicy lądują często na lotniskach oddalonych od tych głównych miast, przy których jest więcej niż jedno lotnisko. W Barcelonie też jest kilka, a Girona to właśnie jedno z nich. Ale coś za coś. Za bilet na to główne pewnie nigdy nie zapłacilabym 2,01 €. Dojazd do centum Barcelony jest dobrze zorganizowany. Przed terminalem stoi kilka autokarów, zsynchronizowanych z rozkładem przylotów. Można skorzystać też z koleji. Pociąg cenowo wychodzi o kilka euro mniej, ale czas podróży się wydłuża - trzeba się jakoś do dworca kolejowego dostać i pewie na pociąg swoje odczekać. My wpakowaliśmy się do autokaru. Jednak już na dzień dobry tzw. "niesmak pozostał", bo pani w kasie nie wydała nam reszty, o czym zorientowaliśmy dopiero po odpaleniu przez kierowcę autokaru, zauważając szyld z ceną 12 €. W sumie to tylko 1 €, a może aż. Bilety były wyraźnie droższe niż te w Maladze, tym samym kieszonkowe przeznaczone na Barcelonę trochę się skurczyło, a przecież za 3 dni trzeba tu jeszcze wrócić. Ale co tam. Zawsze awaryjnie mam jakąś kartę Skarbonkę, aby nie było niespodzianek. Pewnie wiele osób sie teraz zastanawia, dlaczego nie sprawdziłam wcześniej ile kosztują bilety i udaję wielce zaskoczoną, że drogo. Owszem, sprawdziłam, zawsze sprawdzam wszystko, co danego miejsca dotyczy, ale na stronach nie zawsze te informacje i arytkuły są aktualne. Często na forach wypowiadają się także osoby, które odwiedzały dane miejsce 2 - 3 lata wstecz, a niestety z roku na rok wszystko staje się parę złotych/euro droższe. Teraz już tą zasadę znam i biorę poprawkę na to co czytam. A z ciekawości powiem, że wyczytałam kwotę 8 €. Droga trwała ponad godzinę, zdążyliśmy się zdżemnąć, bo po drodze nie było nic ciekawego, same pola :) Przebudziliśmy się tuż przed wjazdem do Barcelony, pierwsze wrażenie było ogromne, chłonęłam wzrokiem te wszystkie budynki i architekturę. Miasto nie wydało mi się podobne do żadnego innego.
Wysiedliśmy na głównym dworcu autobusowym i udaliśmy się do metra, przez które przewijało się, jak to w metrze, setki ludzi. Pamiętam, że mieliśmy trudności z zakupem biletów i w ogóle w odnalezieniu się tam, który numer, jaki kolor, z której strony i gdzie w ogóle wysiąść. Moim zdaniem jakieś mało czytelne to metro, ale może tylko mi się wydaje. W sumie za pierwszym razem, jak się idzie lub jedzie tylko na podstawie wskazówek hotelu i tego, co udało się znaleźć w sieci, to wcale nie jest to takie hop. Niemniej jednak, zawsze jakoś się udaje :)
Wyszliśmy chyba o jedną stację za wcześnie, więc musieliśmy przejść kawałeczek pieszo. I tu ujawnia się kolejny pozytyw walizki podręcznej: nie trzeba deptać z 30 kilowymi tobołami w nieznane. Hostel "Grafitti" jak się okazało, to po prostu całe jedno piętro w starej kamienicy, na samej górze. Weszliśmy po schodach, po prawej uchylone były drzwi do ogromnej sali, w której było ze 20 dwupiętrowych łóżek i przewijała się cała masa przeróżnych ludzi. "Boże spraw, żeby to nie było to". Z lewej strony wyszedł koleś, baaardzo sympatyczny i otwarty, przywitał się i zaprosił nas na lewo. "Uff..." dosłownie - odetchnęłam z ulgą, że nie prowadzi nas na prawo. Weszliśmy do pseudo biura, poprosił o wydrukowaną rezerwację, spisał dowody i zaprasza na pokoje. Zgadnijcie gdzie nas zaprowadził.... Oczywiście, że na prawo. Juz pal licho te 20 łóżek, ale standard i czystość znacznie odbiegała od tego co na zdjęciach .... po grafitti, od którego wzięła się nazwa hostelu, nie było już śladu, w dodatku w rogu pokoju była toaleta i prysznic za kotarką, która za każdym razem fruwała jak ktoś przechodził na taras. Bo z tego pokoju były dwa wejścia na wielki taras, na którym siedzieli sobie goście z dredami, popijając Sangrię i uderzając w afrykańskie bębny. Zero jakiejkolwiek organizacji. Liczyłam na to, że przynajmniej dostaniemy jedno dwupiętrwe łóżko lub przynajmniej obok siebie, a chłopek pokręcił się, podrapał po głowie ... "Ciebie położymy tu .... ( na środku sali, na górze) a Ciebie ... hmmm ...." - wspazując palcem na łóżko przy ścianie - "Ten się już chyba dzisiaj wyniósł więc to łóżko jest wolne". A tam zwinięta kołdra w kłębek, jakby ktoś zaspał i w panice z betów wyskoczył, o tym, że pościel nie przebrana już nawet nie wspomnę. Przesunął jeszcze nogą rzeczy właściciela z sąsiedniego łóżka, które wchodziły na naszą część i radośnie odszedł. Zrezygowani, odstawiliśmy walizki i zdecydowali, że i tak zawsze śpimy na jednym, więc i tym razem nie będzie inaczej, pomimo tego, że to jedynka. Poprosiliśmy o świeżą pościel, przebrali ją sobie sami i wyszli stamtąd czym prędzej.
Z hostelu do Sagrada Familia jest rzut beretem, więc postanowiliśmy pierwsze kroki skierować własnie tam, ale wcześniej chcieliśmy coś zjeść. Wbrew pozorom nie łatwo było znaleźć cokolwiek, co przypominało restaurację, bar czy fast food. A że trwała wlaśnie siesta (znowu), nie wszystko było też czynne. Weszliśmy w końcu do małej, uroczej knajpki, prowadzonej przez Wietnamczyków. Zamówiliśmy jakieś kanapki na ciepło, D. docisnął jeszcze hot dogiem, wypiliśmy po puszce coli i wyszli, stwierdzając, że Barcelona raczej do tanich miast nie należy. Za winklem wyłoniła się olbrzymia Sagrada Familia, która na żywo jest po prostu łał. Dookoła stoją szpecące dźwigi i żurawie, bo, pewnie jak wielu z Was wiadomo, katedra nie została jeszcze skończona. Sztuka Gaudiego, uznawana za kontrowersyjną w czasach, w których żył, dziś zachwyca i ściąga do Barcelony tysiące ciekawskich. Zachwyciła nawet mnie, "eksperta" w tej dziedzinie, jak i w każdej innej zresztą :)
Na przeciwko katedry jest niewielki park z jeziorkiem.
W całym mieście stoją takie dziwaczne ... nie wiem jak to nazwać. Beata mówi, że to "instalacja artystyczna" :D
I port.
W porcie stoi wiele luksusowych jachtów, ze skórzanymi kanapami i skuterami na pokładzie, a na parkingu czekały na właścicieli jachtów, Bentley'e i takie tam inne cuda.
Uwielbiam Gaudiego. Domek na żywo wygląda przepięknie. Dach przypomina skórę węża, fasada to rybie łuski, balkony tworzą kości, a niektóre mają nawet oczka :) Casa Batllo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
La Rambla - słynna ruchliwa ulica, na której przez całą dobę dużo się dzieje.
Artyści, muzycy, stragany, pełno ludzi ... Ten wzbudził największe zainteresowanie.
Szkoda, że akurat się wrąbał i zasłonił ten ładny obraz.
Od La Rambla rozchodzi się wiele wąskich uliczek.
Jedną z nich dochodzi się do Placa Reial.
Na Placa Reial kręcili akurat jakiś film. Ciekawe który?
Na końcu La Rambli stoi kolumna Krzyszfofa Kolumba, wybudowana w 1888 roku.
Posiedzieliśmy chwilę w parku, podziwiając ogrom katedry i ilość Chińczyków z aparatami na szyi, którzy się chwilę pokręcili, porobili zdjęcia, wsiedli do autokarów i odjechali.
Na podstawie mapki, ustaliliśmy dalszą część spaceru. Udaliśmy się w kierunku portu, do którego główna droga prowadziła cały czas prosto. Po drodze minęliśmy Plaza de Toros, w której także odbywają się reguralne walki z bykami. Trafiliśmy akurat na protest obrońców środowiska, głośno skandujących i trzymających transparenty z napisem "Stop killing animals". Stroje ich były całe "zakrwawione" czerwoną farbą. Nie dało się ich nie zauwazyć. No, ale w końcu taki był ich cel.
Z daleka także było widać Torre Agbar. Fasada tego biurowca cała pokryta jest szkłem, a w nocy jest pięknie oświetlony i przypomina ruską lampkę nocną, w której po nagrzaniu pływają kulki roztopionego wosku, znana także jako lampa z Simów :)
W całym mieście stoją takie dziwaczne ... nie wiem jak to nazwać. Beata mówi, że to "instalacja artystyczna" :D
Dotarliśmy do morza. Na plażowanie było już trochę za późno, ale i tak wszędzie siedziało jeszcze sporo ludzi. W tle stoi budynek przypominający znany, siedmiogwiazdkowy (!) hotel w Dubaju: Burj-al-Arab. W tym w Barcelonie, mieści się siedziba Światowego Centrum Handlu.
Dwie wieże: Torre Mapfre i Hotel Arts.
Widok na plażę z drugiej strony. Z tej strony wieczorami przesiaduje strasznie dużo czarnoskórych. Nie to, żebym coś do nich miała, ale zachowują się tam trochę jak małpy w zoo, łażą, skaczą, wspinają się po płocie i do tego śmiecą i są bardzo głośni.
I port.
W porcie stoi wiele luksusowych jachtów, ze skórzanymi kanapami i skuterami na pokładzie, a na parkingu czekały na właścicieli jachtów, Bentley'e i takie tam inne cuda.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale kompletnie nie pamiętam powrotu do hostelu i tego, jak przebiegła pierwsza noc. Pamiętam tylko tyle, że na łóżku obok, spała jakaś tajemnicza postać, mówiliśmy na nią Sztuczka Magiczka, bo ze zwitka niezbyt czystych rzeczy wysypywały się karty, kości i inne kapelusze. Po hostelu cały czas kręcił się też jakiś koleś, który niby był z obsługi, ale zachowywał się tak, jakby sam był gościem. Ciężko powiedzieć co to za jeden, wydaje mi się, że nocował tam tak długo, aż sam stał się częścią tego hostelu, zaprzyjaźnił z właścicielem i tak już został. Pod sąsiednim łóżkiem (od Sztuczki Magiczki), schowana była też jakaś kosmetyczka, do której co chwilę sięgał ktoś inny i wypsikujac pół znajdującego się tam dezodorantu, uznawał to za poranną toaletę. Dlatego ciężko było stwierdzić, do kogo należą te karty i w ogóle bagaż, skoro przez cały nasz i tak krótki pobyt na tym łóżku spałko kilka zupełnie innych osób i każda z nich korzystała z tego samego sposobu "porannej toalety".
Śniadane zjedliśmy na tarasie, były to standardowo bułki z pasztetem, serem, hiszpańską kiełbasą i pomidorami. Zapiliśmy kawą, herbatą i poszliśmy zwiedzać, zabierając ze sobą stroje kąpielowe. Nie nastawialiśmy się na szablonowe zwiedzanie z przewodnikiem każdego jednego obiektu, raczej szliśmy przed siebie, spoglądając co chwilę w przewodnik czym jest przypadkowo napodkany budynek czy plac. Postanowiliśmy jedynie zacząć od Casa Batllo, bo znajdował się niedaleko Sagrada Familia, a tym samym niedaleko naszego hostelu.
Uwielbiam Gaudiego. Domek na żywo wygląda przepięknie. Dach przypomina skórę węża, fasada to rybie łuski, balkony tworzą kości, a niektóre mają nawet oczka :) Casa Batllo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
La Rambla - słynna ruchliwa ulica, na której przez całą dobę dużo się dzieje.
Artyści, muzycy, stragany, pełno ludzi ... Ten wzbudził największe zainteresowanie.
Szkoda, że akurat się wrąbał i zasłonił ten ładny obraz.
Od La Rambla rozchodzi się wiele wąskich uliczek.
Jedną z nich dochodzi się do Placa Reial.
Na Placa Reial kręcili akurat jakiś film. Ciekawe który?
Na końcu La Rambli stoi kolumna Krzyszfofa Kolumba, wybudowana w 1888 roku.
Wbrew pozorom, trochę zeszliśmy. Upał był nieziemski, dlatego stwierdziliśmy, że idziemy na plażę. Przy Kolumbie zaczyna się port, więc do wody już nie było daleko. Wiem, że nie zobaczyliśmy jeszcze wiele, ale dzięki temu jest pretekst, aby tu kiedyś wrócić :-)
Woda miała piękny turkusowy kolor, fale były ogromne, a piasek był złoty, jakby z domieszką brokatu. Pięknie mienił się w słońcu. Nie mam żadnego zdjęcia, bo nie odważylam się paradować z aparatem na plaży. Barcelona to podobno miasto złodziei. Wolałam nie kusić losu.
Po plaży chodziło, oczywiście jak wszędzie, wielu sprzedawców typu "Lody, lody, jagodzianki" czy "Gorrrrąca kukurydza". Normalnie nie przykuwają jakoś szczególnie mojej uwagi, ale na tej plaży był taki jeden. Na pewno nie był Hiszpanem, choć karnację śniadawą miał. Chodził w te i z powrotem z białą marketową jednorazówką, w której miał puszki Coli, Fanty i piwa, wołając "Zimna Cola, Fanta, Cerveza !" Ten tekst miał tak wyuczony, że brział za każdym razem dokładnie tak samo, jak by nagrany. Jednak co mnie tak zastanowiło: skąd on w tym 40 stopniowym upale ma zimne piwo i colę? Przecież nie miał żadnej lodóweczki, chodził tylko z reklamówką. Na plaży miał rozłożony ręcznik i co chwilę do niego podchodził. W pierwszej chwili przewrażliwiona, myślałam, że własnie komuś coś kradnie, ale po dłuższej obserwacji, okazało się, że pod ręcznikiem wykopany ma dołek i tam chłodzą się te jego słynne Cole, Fanty i Cervezy. Był przeuroczy i strasznie przejęty swoją rolą. A napoje były rzeczywiście zimne, jak obiecywał ;-)
Po bardzo udanym dniu, zmęczeni wróciliśmy do hostelu. Chcieliśmy zmyć z siebie ten piach, fakt, piękny, ale tak samo uciążliwy jak każdy inny ;-) Ale prysznic z pseudo kotarką w rogu pokoju w ogóle nie wchodził w grę. Na szczęście po drugiej stronie hostelu była taka ciut lepsza część, gdzie były normalne łazienki i ubikacja. Stwierdziliśmy, że wykąpiemy się tam. Elegancko cała namydlona, piana na głowie, jak Ernie w Ulicy Sezamkowej przy piosence o swojej żółtej kaczuszce, odkręcam wodę aby się spłukać, a tu wody brak ... ani ciepłej, ani zimnej, nic, null, niente! Nie poleciała ani jedna kropla. Co tu teraz robić? Ani tak wyjść i zapytać co się stało, ani krzyczeć przez otwarte w łazience okno ... bo w sumie jakby nie było, weszliśmy do tej łazienki trochę nielegalnie. Nasza była w pokoju! "To pewnie za karę" - pomyslałam, rzucając kolejnymi *^#*^!#$*%. Nie wiem ile to trwalo, ale doczekalismy się na bierzącą wodę i spłukaliśmy wreszcie zaschniętą już pianę.
Choć wtedy nie było mi do śmiechu (jedyne z czego się cieszyłam to z tego, że jutro opuszczamy ten "hostel"), stwierdziliśmy jednogłośnie przed zaśnięciem, że w sumie nie było znowu aż tak źle. Przynajmniej było wesoło i takie doświadczenia wpisane są w ten rodzaj podróżowania. No i będzie co wspominać, a już na pewno kiedyś będziemy się z tego śmiać. I tak też własnie jest :-)
P.S. Zaglądałam ostatnio na stronę "Grafitti" i wygląda na to, że jest po remoncie. Tym samym nie jest juz najtańszym hostelem w mieście. Ciekawe tylko czy w ogranizacji się coś zmieniło? Czy nadal śpi się na przypadkowych łóżkach?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz