O godzinie 4 nad ranem poszliśmy pieszo w kierunku dworca autobusowego, bo ciężko było znaleźć cokolwiek jeżdżącego o tej porze po Barcelonie. Okazało się, że to rzut beretem. Miasto spało, żywej duszy nie spotkaliśmy. Wsiedliśmy w autokar i pojechali do Girony. Samolot na Maltę odlatywał z samego rana, wschód słońca oglądałam z pokładu samolotu. A pod nami tylko woda. Leciała z nami grupa kolonistów z Hiszpanii. Obok nas siedział jeden z uczestników. Chłopak panicznie bał się latać. Wskazywało na to jego zachowanie: siedział na ostatnim z możliwych miejsc, od zewnątrz (że to niby bliżej do wyjścia), całą drogę zarzuconą miał na głowę bluzę, wszystkie okna w zasięgu jego wzroku były pozasuwane (ale tylko przez chwilę, bo przy starcie stewardessa kazała wszystkie odsłonić), a jak od czasu do czasu wystawiał jedno oko, aby zobaczyć co się za oknem dzieje, to wołał "ojojojojoj!" i zarzucał bluzę z powrotem.
Malta to maleńka wyspa o powierzchni 317 km 2. Na mapie nawet jej nie widać, tyko sam napis. Pobyt tam, to spełnienie jednego z największych marzeń. Gdyby mnie ktoś po wyjściu z samolotu zapytał, czy jest coś o czym aktualnie marzę, bez wahania powiedziałabym NIE. Dodo i Malta. Niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba.
Malta to wbrew ogólnej opinii kraj zupełnie niedrogi. Z lotniska odjeżdża autobus miejski, zabierając pasażerów do stolicy wyspy - Valetty. Koszt biletu to 0,70 cetów, czyli dosłownie grosze! W ogóle ceny biletów na Malcie wahają się od 0,70€ d0 1,50€, w zależności od odległości z Valetty do miejsca, do którego się udajemy. A, że wyspa malutka, to wszędzie jest blisko :-) To właśnie w Valettcie znajduje się główna zajezdnia i baza przesiadkowa (mówiliśmy na nią Pętla). Stamtąd odjeżdża wiele autobusów do każdego zakątka wyspy. Drogi z lotniska w ogóle nie pamiętam, bo pokłóciłam się na dzień dobry z kierowcą autobusu. Zaczął mnie przedrzeźniać, gdy spytałam czy na prawdę nie ma wydać mi z 20€. Potem jechałam obrażona, oscentacyjnie mrucząc pod nosem, że chyba się zapomniał, że dzięki turystom w ogóle ma pracę i powinien z odrobiną szacunku się do nas odnosić. Przeszło mi zaraz po wyjściu z autobusu. Pętla, to taka trochę powracająca komuna, dosłownie! Na środku stoi fontanna, dookoła autobusy "ogórki", które są znakiem rozpoznawczym wyspy i rzeczywiście dodają jej sporo uroku. Budynki, w których kierowcy robią sobie przerwę i spotykają między odjazdami, to jakies baraczki, o biurze dyżurnego ruchu nie wspomnę. Przed biurem stoi uszczerbany stoliczek, dookoła krzesełka (każde inne), przy którym zasiadają kierowcy i wysypują do jednego pudełka, cały utarg z biletów i liczą. Są bardzo głośni, uśmiechnięci, sympatyczni i pomocni. Jak na pierwszy raz, ciężko sie na Pętli odnaleźć. Pytając kierowcę o godzinę, numer i stanowisko odjeżdżającego do hotelu (lub w inne miejsce) autobusu, zawsze bez żadnego problemu uzyska się odpowiedź. Doradzili nam także w sprawie zakupu biletów. Kupiliśmy bilety tygodniowe, za kwotę 5,50 € za jeden. Wyobraźcie sobie, że za tą cenę można zwiedzić całą wyspę, i to czym! - dodatkową atrakcją, w postaci "ogórka". Wszyscy kierowcy są elegancko ubrani, w granatowe spodnie i niebieskie koszule. Jeden z nich, taki starszy, siwy, chudy dziadeczek, miał całą koszulę na plecach z góry na dół rozdartą. Śmieszyło mnie to, bo tu niby elegancki, a z tyłu cały potargany, zawołałam więc do D. "Patrz, koszulka, koszulka :-)". A dziadeczek to usłyszał i zaczął powtarzać. Pytał się co to znaczy i czemu mówię akurat o koszuli. Wytłumaczyłam grzecznie, że podoba mi się, że wszyscy mają jednakowe, że to takie profesjonalne, że niby frontem do klienta ;-) Chodził potem uśmiechnięty po całej Pętli powtarzając "koszulka". Po którymś razie podszedł ponownie, upewnić się, że dobrze wymawia. Ciekawa jestem czy świadomy był tej "dziurki", na swojej "koszulce".
Bardzo żałuję, że nie robiłam wtedy zdjęć. Zawsze myślałam, że przecież to wszystko będę pamiętać. Niestety to chwile bardzo ulotne, a Wam zostaje jedynie wyobrażnia. Ale od jakiegoś czasu staram się pamiętać o uwiecznianiu wszystkiego, nawet jeśli w danej chwili wydaje się to bez sensu.
Droga do okolicy, w której znajdował się nasz hotel, była niezwykle ekscytująca. Zachodziłam się ze śmiechu już z samej jazdy skaczącym "ogórkiem", gdzie szyby są grubości chyba z jenego centymerta, jak w starych kredensach. Siedząc na pięknie wyprofilowanych siedzeniach, okna ma się niemal na wysokości pasa. Wszystkie były wyotwierane i rozwiewały fryzurę. Wrażenia zza okna, nie do opisania. Przypomniałam sobie w tym monencie opinię jednej ze znajomych z pracy, która powiedziała, że na Maltę się nie wybiera. Podobno rok wcześniej była jej jakaśtam koleżanka i powiedziała, że na Malcie jest nudno ... Nudne to są one. I bez wyobraźni. Ja miałam nadto atrakcji już po godzinie przebywania na wyspie. Malta była zamieszkiwana i podbijana przez 6 różnych państw. Ślady pozostawili wszyscy, widoczne na każdym kroku. Choćby nawet lewostronny ruch, czy czerwone budki telefoniczne, poustawiane wśród afrykańskich domów, w kolorze piasku. Nad głowami pociągnięty był przez całą długość autobusu sznur, który nie dawał mi spokoju. Szybko się to wyjaśniło, kiedy jeden z pasażerów podniósł się do wysiadania, pociągnął za sznur, który przywiązany był do dzwonka wiszącego centralnie nad głową kierowcy. Tak więc sznurek to nic innego jak tylko "przystanek na żądanie" :-)
W typowo turystycznej dzielnicy, która zwie się Bugibba, także jest zajezdnia autobusów, tyle, że mniejsza. W Bugibbie znajduje sie wiele hoteli, restauracji, sklepów i oczywiście turystów. Nasz hotel też się tu znajdował. Po chwili odnajeźliśmy go, weszli aby się zameldować, dostali klucze i udaliśmy się obejrzeć pokój. Jako, że była wczesna pora, może koło 11, pokój nie był jeszcze przygotowany na nasz przyjazd. Wystraszyłam się, jak do niego weszłam. Nie dość, ze pod schodami, to po otwarciu drzwi wyglądał, jak kantorek sprzątaczki... ciemno, brudno, ciasno .... Zapytałam w recepcji, czy pani aby na pewno dobry klucz nam wydała. Klucz był dobry, tyle, że pokój nie posprzątany. Pozwolili nam zostawić bagaże w hotelu i poczekać aż będzie gotowy. W sumie to my zjawiliśmy się tam trochę za wcześnie. Zostawilismy rzeczy i poszli obejrzeć okolicę. Pierwsze kroki skierowaliśmy nad morze, było bliziutko. Zresztą tam nic nie jest daleko. Woda miała piękny kolor, była spokojna, na wodzie unosiły się łódeczki, pływali ludzie. Czytałam wcześniej, że na Malcie prawie w ogóle nie ma piaszczystych plaż. Rzeczywiście, do wody schodzi się ze skały, do których dla ułatwienia przymocowane są drabinki. Miałam ochotę wskoczyć do wody w ubraniu, ale wstrzymałam się.
Posiedzieliśmy chwilę, popatrzeli na ten spokój, wodę i ładną okolicę, na łódki i pływające rybki, widoczne z brzegu. Wróciliśmy do hotelu niezmiernie szczęśliwi z tego powodu, że spędzimy to kolejne 8 dni. Pokój po wysprzątaniu nie był już kamerlikiem sprzątaczki. Był jasny, pachnący, przestronny i czyściutki. Łóżka obowiązkowo zsunęliśmy i postanowiliśmy uciąć sobie krótką drzemkę. W końcu wstaliśmy o 3:30, aby móc tu teraz być.
Wstaliśmy o 17 .... zerwaliśmy się czym prędzej, aby coś jeszcze z tego dnia mieć. Na plażowanie było już trochę za późno, więc poszliśmy coś zjeść i pospacerować nad morzem.
Z racji tego, że mam całą masę zdjęć i wspomnień, podzielę Maltę na kilka części. Dziś tylko dzień pierwszy, inaczej relacja byłaby zbyt długa i opublikowałabym ją może za miesiąc :-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz