20 lutego 2013

11. Lądowanie w Male, gdzie everything is blue.

         Malediwy - dla nas, białych, polskich i biednych obywateli - nieosiągalne. To szczyt marzeń, niełatwy do zlokalizowania na mapie świata. Czy na żywo wygląda to tak samo jak w naszej wyobraźni? Czy piach jest biały i miałki jak mąka? Czy palmy rosną jak na fototapecie z dużego pokoju? Czy bambusowe domki, z zanurzonymi w ciepłym oceanie nóżkami są synonimem luksusu? I wreszcie - kim są ludzie, którzy tam też przecież mieszkają? Tysiąc pytań nasuwających się w euforii chwilę po zabukowaniu biletów w promocji najlepszych linii lotniczych na świecie - Qatar Airways. Linie po raz trzeci z rzędu nie oddały tego zaszczytnego tytułu. Teraz już zresztą wiem czemu.
       Obalam pierwszy mit, mianowicie: Malediwy są dla nas osiągalne. Odkąd linie lotnicze, nie tylko te tanie, ścigają się ze sobą w walce o klienta, przy dobrej promocji, 2 tygodnie na Malediwach można spędzić za przybliżoną kwotę do wczasów w Egipcie czy Grecji z biura podróży. Pod warunkiem, że zabieramy się za organizację sami, od początku do końca, nie marudzimy na 8 i 21 godzinną przesiadkę w Qatarze i transport publiczny z lokalesami.



     Bilety na luty zabukowane były już we wrześniu, miałam więc dużo czasu na zapoznanie się z informacjami o wyspach, atolach, religii zakazach i nakazach. Malediwy to kraj muzułmański, tak więc nie wszędzie dozwolone jest picie alkoholu. Zakaz nie dotyczy tylko wysp, wykupionych przez resorty, gdzie turyści mogą pić do woli.  Wybór mojego miejsca docelowego padł na wyspę Maafushi - stosunkowo niedaleko od lotniska, biorąc pod uwagę fakt, iż Malediwy rozciągają się na szerokości 500 km. Składają się z 1192 wysp, z czego około 200 to wyspy z mieszkańcami. Maafushi jest jedną z nich. Sprawą oczywistą jest też, że nie ciągnie mnie do resortu, w którym wszystko jest na wysoki połysk i przystosowane pod bogatego turystę. Na ten zbędny luksus pewnie i tak nie było by mnie stać. Ja wolę tam, gdzie toczy się prawdziwe życie. Gdzie panuje zakaz picia i sprzedaży alkoholu, ale i tak okazuje się w jaki sposób mieszkańcy sobie z tym zakazem radzą. Tam, gdzie pięć razy dziennie, muezzin wzywa przez gary do modlitwy, gdzie mężczyźni przed wejściem do meczetu zostawiają swoje buty, myją stopy i ręce. Tam, gdzie w sklepie między przyprawami, owocami i chemią, stoją wiaderka z gwoźdźmi i plastikowe rury. Gdzie mężczyźni jeżdżą na różowych skuterach, chodzą w żółtych japonkach, są czyści i zniewalająco pachnący i nikt nie nazywa ich ciotami. Gdzie przez półtorej godziny tłukę się promem razem z uśmiechniętymi mieszkańcami i inwentarzem. Chce właśnie tam.
        5 miesięcy zleciało szybciej niż myślałam. Strasznie dziwnie jest pakować japonki i szorty na początku lutego. Wrzuciłam do średniej walizki wszystko, co wydawało mi się niezbędne w środku lata: kolorowe sukienki, sandały i maskę z rurką do snurkowania. Mimo tego, że mogłam zabrać ze sobą 23 kg, miałam ich nieco ponad 11. Doświadczenie w pakowaniu podręcznego robi swoje. Ubrałam tenisówki i wiosenną kurtkę, co w moim przypadku na początku lutego nie robi żadnej różnicy, bo wszystkie moje odzienia wierzchnie, nawet te na siarczyste mrozy, wyglądają jak przejściówki. A przynajmniej nie musiałam się przez kolejnych kilkanaście godzin użerać z puchowym paltem i kozakami.
       Z Warszawy do Doha lecieliśmy wypasionym samolotem, jak na pięciogwiazdkowe linie przystało. Każdy przed sobą miał prywatny wyświetlacz, z setką wgranych filmów i bajek, muzyką i grami. Wygodne fotele, w których rozkładały się nie tylko oparcia, ale i siedzenie wysuwało się do przodu. Każdy dostał słuchawki, czysty kocyk i poduszkę. Stewardessy przebierały się w inny zestaw ubrań, uśmiechały się i były  przemiłe. Po wyłączeniu sygnalizacji o zapięcie pasów, rozpoczęło się rozwożenie posiłku. Przy rezerwacji biletów, pojawia się możliwość wyboru odpowiedniego dla siebie menu. Ja w swojej inteligencji, myślałam, że każdy musi wybrać coś dla siebie. Jedyną sensowną opcją wśród dań wegetariańskich, dla jaroszy, bez glutaminianu czy dla matek karmiących, wydała mi się opcja low fat, czyli o niskiej zwartości tłuszczu i taką też nam zabukowałam. Już na pierwszym locie zorientowałam się, że stewardessy pytają na co mają ochotę wszystkich bez uprzednio wybranego posiłku i że wcale nie ma konieczności określenia menu  wcześniej. Zła byłam na siebie najbardziej wtedy, gdy wszyscy zajadali pyszne tiramisu a my ... kurczaka i owoce.  Człowiek uczy się całe życie no i mimo wszystko, jedzenie było na prawdę smaczne. Po zabraniu talerzyków, przejechał wózeczek z napojami, w którym stało kilka buteleczek dobrych trunków alkoholowych. Skusiłyśmy się na Whisky z Colą. Głupio jakoś w takim momencie prosić panią o wodę czy sok pomarańczowy. Jak na bogato, to na całego.



 Najczęściej wybieranym zabijaczem czasu okazała sie Zuma. Smigali prawie wszyscy. 


           Podróż do Doha w Katarze, przebiegła w bardzo komfortowych warunkach. Wtopiłam się w fotel i przedrzemałam całą drogę, ze słuchawkami na uszach, z przerwą na posiłek i grę w Zumę. W Doha znajdują się dwa duże lotniska, osobno dla przylotów i odlotów. Oddalone są od siebie o kilkanaście minut jazdy autobusem. Osoby lecące docelowo do Doha, dostają bilet w niebieskiej kopercie i wysiadają na pierwszym przystanku. Osoby lecące dalej, tak jak my, dostają żółtą kopertę i jadą na to drugie lotnisko. "Żólte" lotnisko ma dwa piętra i dużo się na nim dzieje. Z Doha odlatuje bardzo dużo samolotów do najdalszych zakątków świata, dlatego przewija się na nim ogromna ilość ludzi. Wszystko jest dobrze zorganizowane i opisane, a obsługa lotniska chętnie odpowiada na pytania i pomaga trafić do odpowiedniego gate`a. W pierwszą stronę mieliśmy 8 godzinny postój, w środku nocy, więc nie wybieraliśmy się na zwiedzanie Doha, tym bardziej, że za wizę trzeba zapłacić około 100 PLN. Pokręciliśmy się po terminalu, pooglądali suweniry, zastanawiając się co kupimy w drodze powrotnej. Z powrotem mieliśmy tych godzin nieco więcej, bo 21, więc mieliśmy w planach opuszczenie lotniska.
         Na terenie lotniska znajdują się dwie sale z leżakami, na których wyspać mogą się osoby długo oczekujące na swój odlot. Niestety wszystkie łóżka były ciągle zajęte, dlatego ułożyliśmy się wygodnie na krzesełkach przed gate`m.  Po godzinie 1 w nocy ruch znacznie zmalał, została tylko garstka krzątających się lub śpiących ludzi, nawet w palarni było widać kto siedzi na przeciwko, a nie tylko siwy dym. Wentylacja nie wyrabiała w niektórych momentach i dym aż kuł w oczy. Ale cóż innego tam było robić? Obok palarni jest sala modlitewna, wyłożona czerwonymi dywanami, przed którą zawsze stała jakaś para obuwia. Po lotnisku kręciło się dwóch szejków, na ręce trzymających sokoła. Sokół to jedno ze zwierząt  istotnych dla kultury Kataru, symbolizuje Kurajszytów, z których wywodzi się prorok Muhammad (źródło: Wikipedia). Zastanawialiśmy się czy mają zamiar wsiąść z nimi do samolotu. I wsiedli. Może byli na tyle bogaci, że odlecieli swym prywatnym samolotem, Kto wie.








            O godzinie 8 nad ranem rozpoczęto wpuszczanie na pokład samolotu. Leciała z nami pewna ładna muzułmanka. Zwróciła naszą uwagę dlatego, że jako jedyna ubrana w te wszystkie czarne szaty do ziemi i chustę na głowie, miała na sobie obcasy.
          Tym razem w samolocie nie było telewizorków w siedzeniu, tylko nad głowami, co kilka rzędów. Każdy miał słuchawki i mógł obejrzeć aktualnie wyświetlany film lub przełączyć na muzykę, w każdym możliwym gatunku. Samolot był równie elegancki a stewardessy jeszcze milsze i ładniejsze niż wcześniej. Miały pięknie pomalowane skośne oczka i wszystkie były jednakowo uczesane. Jako, że był ranek, dostaliśmy śniadanie, również w opcji low fat: omlet z groszkiem i marchewką. Reszta zajadała się naleśnikami z serem.

 Male zdawało się być coraz bliżej. Podróż z Doha trwa około 5 godzin. Z okna widać było tylko piach, wodę lub czarne skały.






       Kiedy wreszcie samolot zbliżał się do lądowania, wyłoniły się najpiękniejsze widoki, jakie miałam okazję widzieć własnymi oczami. Kolorowe atole, jak pawie oka, drewniane bungalowy w resortach, turkusy, zielenie i granaty. Niebo wydawało się być zachmurzone, jednak z perspektywy ziemi, chmury dodają tylko uroku.


Bardzo intrygowało mnie samo lądowanie, na pasie startowym, oblanym oceanem z każdej strony. Lotnisko znajduje się na wysepce o nazwie Hulhule, oddalonej o 5 minut od stolicy - Male. Niesamowite uczucie.



          Wyszliśmy z samolotu, padnięci i zmęczeni, w twarz buchnął nam 40 stopniowy upał, 3 lutego. Dla takich momentów warto było się tłuc :-) Hala przylotów jest stosunkowo mała, ustawiliśmy się w kolejce do odprawy paszportowej wraz z kwitkiem o wizę, który wręczyła nam do wypełnienia jeszcze w samolocie stewardessa. Największy problem polegał  na tym, że na tym świstku na samym dole, do zaznaczenia było kilka opcji: nie wwożę broni, bomby itp. , pieniędzy powyżej jakiejś tam dużej kwoty oraz .... alkoholu. Uprzednio wyczytawszy, iż na Maafushi panuje całkowity zakaz sprzedaży alkoholu, postanowiliśmy "na Polaka" coś wykombinować i zabrać co nieco ze sobą, dla umilenia kilku wieczorów. Ja miałam Żubrówkę z sokiem jabłkowym, przelaną do kartonu po tymże własnie soku a Kasia zabrała Krupniczek. Podobno na lotnisku konfiskują bezczelne szklane butelki, zakupione na Duty Free na innych lotniskach. Do kartoników na szczęście nie doczepił się nikt. Ale jak w takim momencie zaznaczyć haczyk "nie wwożę alkoholu" ? A jak nas zamkną już na dzień dobry naszego pobytu ? Daleko by nie mieli, bo więzienie znajduje się własnie na wyspie Maafushi :-) Ale do śmiechu nam nie było. Zaznaczyliśmy pięknie "x" w okienku o bombie i pieniądzach, a punkt z alkoholem pozostawiliśmy pusty. Takie niedopaczenie :-) W kolejce do odprawy stała również muzułmanka w szpilkach ... ale nie wyglądała już jak muzułmanka. Ubrana była w dżinsy i ładną bluzkę, z eleganckim makijażem. Strój, o ile się nie mylę, jego poprawna nazwa to dżilbab, miała przerzucony przez ramię. Zastanawiam się i to dość mocno, czemu tak ...
          Śliczny pan, z czarnymi kręconymi włosami i pięknym białym uśmiechem, wbił nam wizę w paszporty i  pokierował do wyjścia. Z lotniska co 15 minut odpływa prom do Male. Bilety kosztują 2 dolary, kupuje się je w prowizorycznej kasie, niedaleko wyjścia. Woda w porcie ma przecudny szmaragdowy kolor. Podpłynął prom, panowie zapakowali nam bagaże do środka, podali rękę przy wsiadaniu, rozdali kamizelki ratunkowe, bo pewnie trzeba, jednak nie kazali ich ubierać :-)


        Po kilku minutach byliśmy na lądzie, w Male, w stolicy jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Chłonęłam wzrokiem wszystko co się tylko dało. Pełna egzotyka, kolorowe budynki, ciasne uliczki, zadowoleni mieszkańcy, skutery, skutery, skutery. Jedną noc musieliśmy zatrzymać się w Male, ponieważ prom do Maafushi odpływa raz dziennie, o godzinie 15.00 czyli dokładnie wtedy, kiedy wylądowaliśmy. Hotel zabukowałam wcześniej, udaliśmy się do niego pieszo, na podstawie wydrukowanej z rezerwacji mapki. Znajdował się blisko portu, a droga w takich okolicznościach przyrody to istna przyjemność. Dotarliśmy na miejsce. Hotel nie powalał, pokój był mały, ponury, z widokiem na mury i klimatyzację. Łóżko twarde, jakby ktoś zapomniał na stelażu wyłożyć materac. Ale była łazienka i był prysznic. Bez kotary, z 3 różnymi bateriami i słuchawkami, pokrętłami. Nie wiem do dziś w jakim celu. Jedyne o czym w tej chwili marzyłam, to wykąpać się, dlatego nie przeszkadzało mi zupełnie, że okno znajdujące się w łazience, miało widok na okno sąsiada. Było mi wszystko jedno.  Tego popołudnia nie wychodziliśmy już nigdzie. Zmęczenie wygrało, szybko zapadł zmrok. Wypiliśmy po szklaneczce "szarlotki" i położyliśmy się spać. Noc była tragiczna. Huczały wszystkie okoliczne klimatyzacje, na łóżku miotałam się, leżąc to prosto, to w nogach, to w poprzek. Sąsiad z pokoju obok co 10 minut wzywał obsługę, to z jedzeniem, to z piciem, to po odbiór talerzy. Tłukli się i gadali do samego rana. Dobrze, że to tylko jedna noc.
        Nazajutrz, wskoczyłam w szorty i japonki. Blade nogi i ręce wysmarowałam kremem do opalania. Wypiliśmy kawę i poszliśmy na obchód. W Male dużo się dzieje. Wszędzie pełno skuterów pędzących po wąskich uliczkach, mieszkańcy uśmiechają się na widok bladego ciała. Witają i pytają  "how are you?" Jest cudnie! Uwielbiam tam być! Do portu podpływają kolejne kutry rybackie i motorówki z żywnością. Na targu jest głośno, wszyscy rozmawiają przez telefon, jednocześnie rozładowując towar. Im bliżej portu, tym bardziej unosi się zapach świeżych ryb.






































          Około 12 wróciliśmy do hotelu. Przy wymeldowaniu poprosiłam jedną z 5 osób, radośnie przesiadujących w recepcji o zamówienie taksówki na godzinę 14, gdyż okazało się, że port z promem na Maafushi jest zupełnie z innej strony wyspy. Spacer po wąskich, zatłoczonych uliczkach - owszem, ale nie z walizkami. Wybiła godzina odjazdu, pożegnaliśmy się i wyszli na główną drogę  w oczekiwaniu na taksówkę.  Mija 5 minut, mija 10. Po 15 wróciłam do hotelu upewnić się, czy taksówka aby na pewno została zamówiona. Dziewczyna z recepcji ze stoickim spokojem, mozolnie chwyciła za słuchawkę telefonu oznajmiając mi, że jak o 12 dzwoniła to było zajęte, a później - jej się zapomniało. Zero stresu, zero paniki, wszystko powolutku, wszystko pod kontrolą. 
               Nie zdążyłam dobrze wrócić na nasze miejsce oczekiwania, a taksówka z podanymi przez dziewczynę z recepcji numerami właśnie podjeżdżała. Droga przez zakorkowane drogi trwała 20 minut. Charakterystyczne dla krajów arabskich trąbienie na drogach z niewiadomego powodu, obowiązuje również na Male. Światła sobie, auta sobie, klakson sobie. Wysiedliśmy przed terminalem, gdzie jeden po drugim podpływały promy. Pan w kasie grzecznie wytłumaczył skąd i o której odpływa prom na Maafushi, inni oczekujący pasażerowie z troską wskazywali na kolejne promy, aby do nich nie wsiadać, bo nie płyną do naszego miejsca docelowego. Przed terminalem znajdowała się poczekalnia, pod daszkiem, z plastikowymi, ogrodowymi, białymi krzesełkami i telewizorem, na którym leciał mecz. Trochę przed czasem przypłynął nasz prom, wsiedliśmy do niego, zajmując najlepsze miejsca przy oknie. Z przyjemnością przez nie patrzyłam na kolejno podpływające promy z miejscową ludnością. 



Prom był prawie pełny. Zawsze intryguje mnie to, kim są ci ludzie i z jakiego powodu udają się w to miejsce.  




Na statku panuje całkowity zakaz palenia papierosów, dlatego kto chciał zapalić .... wychodził po drabinie na dach. 


To jest to, co kocham. Obserwowanie prawdziwego, toczącego się życia. Uczestniczenie w nim. Wymiana miłych słów z mieszkańcami, uczenia się od nich, nabywania pokory.

Za oknem ocean. Gdzieniegdzie resorty, drewniane bungalowy, palmy, latające rybki z wytrzeszczonymi oczami. 






Półtorej godziny później, wyłania się. Wyspa Maafushi. 
Pokochałam ją z całego serca. Ją i jej mieszkańców.



UPDATE: Tak się jakoś złożyło, że od sierpnia 2013 jestem mieszkanką jednej z wysp na Malediwach :-) Zapraszam na mojego drugiego bloga, gdzie piszę o swoich perypetiach oraz wrzucam cenne wskazówki dla tych, którzy wybierają się na Malediwy

http://dziennikitypelka.blogspot.com/






22 komentarze:

  1. czytanie tego to prawdziwa przyjemność - czekam na więcej! E.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy artykół.dowiedziałam sie wiele o zakątku świata,o którym nie miałam zielonego pojecia,mało jakoś u nas w Polsce popularny,a szkoda bo wart'GRZECHU' pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało popularny pewnie ze względu na wysokie koszty. Wczasy na Malediwach kosztują dobrych kilkanaście tysięcy złotych za 2 tyg. Przy dobrych wiatrach można znaleźć tydzień za 7 tys. Ale teraz, kiedy linie lotnicze oferują atrakcyjne bilety i latanie na własną rękę stało się popularne, myśle, że więcej osób tam dotrze ;)

      Usuń
    2. Z Niemiec można mieć tydzień wczasów (oczywiście z dolotem) już od 1500 euro (=6.000 zł)
      Pozdr z Lotera DW

      Usuń
  3. A napisz proszę czy w drodze powrotnej wyszliście na miasto w Doha i co polecasz w tak krótkim czasie zwiedzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wyszliśmy obejrzeć Doha. Szczególnie polecam Skylines, wysokie budynki, każdy w innym kształcie i kolorze. Spacer deptakiem nad zatoczką no i jak ktoś ma wiecej czasu może zacząć od starego miasta, które jest niedaleko lotniska. Pod Skylines można dostać sie autobusem miejskim, o ile się nie mylę, jest to numer 76. Po wyjściu z lotniska trzeba iść do pierwszego dużego skrzyżowania i tam skręcić w lewo, tam jest przystanek. Idąc jeszcze dalej, trafi się własnie na stare miasto, a jadąc autobusem najlepiej wysiąść na ostatnim przystanku pod wielkim Carefourem. Będzie relacja niebawem, w kolejnym poście plus dużo dużo zdjęć!

      Usuń
  4. Szkoda, że relacja się urywa... Można gdzieś przeczytać opis drogi powrotnej i wrażeń z Dohy?

    OdpowiedzUsuń
  5. Relacja się nie urywa, tylko jest w trakcie pisania ;) Pisze bloga na bieżąco, trochę czasu muszę poświęcić na wybranie zdjęć i opisanie wszystkiego szczegółowo. Potrzebny czas i przede wszystkim - wena! A ta czasami opuszcza mnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. czytalam czytalam drugi raz i pewnie jeszcze przeczytam nie raz w kwietniu wybieramy się wlasnie na ta wyspę, więc wszystkie informacje bardzo przydatne. Jest to pierwsza (moja) wypraw zorganizowana na wlasną rękę. Cóż zawsze jest ten pierwszy raz
    Dziękuję za relację, spróbuje jeszcze napisać maila

    OdpowiedzUsuń
  7. ile kosztuje taksówka z hotelu do lotniska? i czy miejscowi "oczekują" bakszyszu za wszelkie usługi?

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz na myśli taksówkę z hotelu do portu promowego? Płaciłam 5 dolarów, jednak jak się później dowiedziałam, taksówka na Male kosztuje 2 dolary, bez względu na to skąd dokąd się jedzie. Także trochę nas naciągnął,ale mimo tego 5 dol.na 2 osoby to nie jest dużo. Nikt nie oczekuje bakszyszu, fakt, że w Male zdarza się kogoś naciągnąć na 3 dolary za taksówkę ;) ale np. na Maafushi jest wręcz odwrotnie: płacąc dolarami i dostając resztę w rupiach, zaokrąglają ją na naszą korzyść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze jedno pytanko, czy w piątek dostanę się na male z lotniska? czy tu także nie kursuje transport z uwagi na dzień wolny?

      Usuń
    2. Na tej trasie transport działa normalnie, bez względu na piątek.

      Usuń
  9. W Doha sami przeładowali Wam bagaże? Wymieniłyście walutę na lotnisku czy można bez przeszkód płacić wszędzie w dolarach? Jakieś owoce polecisz z dostępnych na targu w Male?

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, nadaliśmy bagaż w Warszawie do końca i w Doha nie musieliśmy się o niego martwić.
    W Doha jeśli wybierasz się na zwiedzanie, obowiązkowo wymień walutę na ichnią, bo nie przyjmują dolarów. Można płacić tylko na lotnisku, a ewentualną resztę dostajesz w rialach. Myśmy się zapędzili i zapomnieli wymienić pieniądze na lotnisku i przez godzinę szukaliśmy kantoru lub jakiegokolwiek bankomatu na starym mieście, no i nie było to łatwe.
    Z owoców na pewno ananasy, kokosy i małe banany. Kokosy zielone i pomarańczowe mają więcej soku niż te w twardej brązowej skorupce, natomiast te ostatnie są najsłodsze i można je zjeść :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Super, dziękuję :) A na Malediwach wystarczą same dolary, można nimi płacić wszędzie czy wymieniałyście na rupie? Oczywiście też, żeby nie przepłacać specjalnie. Rozumiem, że z zielonych i pomarańczowych można wypić tylko sok a do zjedzenia się już nie nadają?;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Na lokalnych wyspach można płacić zarówno dolarami jak i rupiami. W resortach tylko dolarami, także nie polecam wymieniać całej kwoty na rupie. Ja jedyne rupie jakie miałam to te, które wydali mi w sklepie z dolarów :) Najlepiej więc jest zostać tylko przy dolarach.
    Tak tak, ani pomarańczowe ani zielone kokosy nie nadają się do zjedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jackfruita albo herbatę ze Sri Lanki da radę dostać w Male?:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem zachwycona pani informacjami o Malediwach.Chciałabym na przyszły rok tam polecieć na własną rękę.Moje pytanie
    czy nie znając języka angielskiego jestem w stanie tam sobie poradzić.Czy mogłabym wiedzieć ile dokładnie wyniósłby mnie
    taki pobyt na tydzień na osobę wraz z przelotem tam i spowrotem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam! Proszę skontaktować się ze mną na maila magdalena.typel@gmail.com Tak się składa, że mieszkam od 14 miesięcy na Malediwach, skąd prowadzę drugiego bloga http://dziennikitypelka.blogspot.com/ oraz pomagam w zorganizowaniu wakacji na lokalnych wyspach :-)

      Usuń