24 lutego 2013

12. Pierwsze spotkanie z Maafushi i Biyadhoo następnego dnia



          Na brzegu stał chłopak z kartką, z nazwą naszego hotelu. Przedstawił się i przywitał serdecznie, spakował nasze bagaże koledze do taczek i zaprowadził do hotelu Leisure Boutique Hotel . Wyspa ma zaledwie kilometr długości i około 200 metrów szerokości, dlatego bez żadnego problemu można po niej poruszać się pieszo. A hotel oddalony jest jedynie 2 minuty od przystanku promowego. W hotelu powitano nas szklaneczką świeżego soku z zielonego jabłka, rozdano klucze i zakwaterowano. Rzuciliśmy bagaże i wyszliśmy zapoznać się z Maafushi, nie zważając na zmęczenie po wyczerpującej podróży i nieprzespanej nocy w Male. Mimo, że słońce już zachodziło i niebo nie było błękitne a woda turkusowa, urzekało mnie wszystko co widzę: stoicki spokój mieszkańców i ich piękny typ urody, ciemne gęste włosy i ciemna karnacja, bieluśkie zęby i na każdej twarzy uśmiech. Brak pośpiechu, kolorowe domy, wypielęgnowane skutery, różowe, żółte, białe, wysokie palmy kokosowe na cienkich nóżkach, biały piasek pod stopami, ławeczki jak hamaki przy każdym domu i wreszcie - zachód słońca. Prawdziwy, egzotyczny, z oceanem i palmą. Niebo przemalowało się na kolor różowo-fioletowo-pomarańczowy. Mieszkańcy spokojnie przesiadywali przed swoimi domami, na hamakowych ławeczkach, witając i uśmiechając się na widok nowych twarzy na wyspie. Nikt nikogo nie lustruje z góry na dół, nie patrzy z pogardą, spojrzenia nie są zawistne. Nawet muzułmanki, ubrane od stóp do głów w czarne szmatki, nie zerkają zdegustowanie na widok "roznegliżowanych" europejek. (Roznegliżowanych ujęłam w cudzysłów, bo definicja tego słowa dla nas jest troszeczkę inna niż dla nich. Odsłonięte kolana, ręce, stopy i włosy mniemam iż są dla nich w pewnym stopniu negliżem). Zdaję sobie w tym momencie sprawę, jak bardzo nieprzyzwyczajona jestem do bezinteresownego uśmiechu na twarzy obcej mi osoby. 











          Spacerując brzegiem oceanu, zauważyłam chłopaka siedzącego na motorze. Palił papierosa.  Miał może 18 lat. Pomyślałam, że zapytam, gdzie w pobliżu znajduje się sklep, bo narobił mi trochę "smaka". Chłopak wyciągnął dwa ostatnie papierosy z kieszeni swojej koszuli, jednym mnie poczęstował a drugiego odpalił sam. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, na temat miejsca naszego pochodzenia i hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, jak nam się podoba na wyspie i jakie mamy plany na jutro. Po skończonym papierosie, ponowiłam pytanie o sklep, a chłopak odpalił skuterek i powiedział, że przejedzie się do sklepu, kupi mi papierosy i zaraz tu wróci. I wrócił, z dwoma sztukami żółtych Cameli. Papierosy na Maafushi sprzedaje się na sztuki, jedna za 2 Rupie. Nie chciał za nie pieniędzy. Cieszył się tylko, że mógł pomóc. Taki drobny gest, który rzucił mi pierwszy obraz na mentalność mieszkańców. Z własnej inicjatywy, pojechał do sklepu, wrócił z towarem  i nie narzekał, że paliwo jest drogie, że papierosy coraz droższe .... Pożegnał się słowami "see you around!", o co nie trudno na wyspie o długości 1 kilometra, na której zamieszkuje około 2 tys mieszkańców. 



           Gdy zrobiło się ciemno, wróciliśmy do hotelu. Nie ze strachu, bo uluczki Maafushi wydają się być całkowicie bezpieczne, sami mieszkańcy pozostawiają otwarte na oścież drzwi. Chcieliśmy coś zjeść i ustalić plan działania na kolejne dni. Hotele mają w swojej ofercie wycieczki do pobliskich resortów, oglądanie delfinów, nurkowanie z rekinami i wiele innych. Cena uzależniona jest od ilości osób płynących jedną motorówką, im więcej ludzi, tym cena jest niższa. Podczas kolacji, manager zaproponował nam wyjazd do resortu o nazwie Biyadhoo (czyt. Biado) z 4 osobową grupą z Włoch. Nie zastanawialiśmy się długo, bo przy tak dużej ilości osób, cena była bardzo korzystna. 30 $, zamiast 65. Ustaliliśmy godzinę 9, jako godzinę naszego wyjazdu. Manager opowiadał nam o wyspie, o wycieczkach, pokazywał filmiki, aby zachęcić nas do kolejnych wypraw. Próbował dowiedzieć się również czegoś o naszym kraju, ale w momencie, kiedy poruszył przyciężkawy temat, jakim jest polityka, postanowiliśmy pożegnać się i pójść spać. 

***

          Chwilę po 8 pojawiliśmy się na śniadaniu. Wszystkie stoliki znajdują się na zewnątrz, przed wejściem do hotelu i na balkonie, na który wchodzi się po stromych, drewnianych schodach. 



          Głównie jadaliśmy na górze, w pięknych okolicznościach przyrody. Czasem denerwowały nas wrony, bezczelnie czekające na odejście od stolika, aby porwać łupinę z pomarańczy. Na zdjęciu powyżej widać, jaka jest zadowolona z tego, że ciągle siedzimy :-) Śniadania były trochę monotonne, ale za to smaczne i syte. Podawano omlet z 2 jajek, 2 parówki, 3 tosty, dżem truskawkowy i pokrojone owoce. Najczęściej były to jabłka i pomarańcze, czasem pojawiała się papaja, mango lub ananas. Wszystko oczywiście smakuje i pachnie, tak jak powinno. Jak owoce dojrzewające w pełnym słońcu. Pod koniec pobytu, parówki zamienili na rybę. Była tak smaczna, bielutka i pysznie przyrządzona, że ze smakiem zajadałam się nią nawet ja. Nie miała w ogóle tego przeszkadzającego mi smaku mułu, zjadłam na tych śniadaniach chyba więcej ryb, niż w całym swoim życiu.
          Kiedy my kończyliśmy posiłek, Włosi dopiero zaczęli wyłaniać się z pokoi, rozkosznie zasiadając do śniadania. Od razu wiedziałam, mając nie raz do czynienia z włoską mentalnością, że o 9 to my nigdy nie wyjedziemy :-) Wyjechaliśmy wpół do 10.

          Biyadhoo, to malutka wysepka, na której znajduje się resort. W resortach nie ma zakazu picia alkoholu czy paradowania w bikini, tak jak to jest na wyspach, takich jak Maafushi. Jednak mieszkańcy Maafushi według postawy "frontem do klienta", stworzyli publiczną plażę, odgradzając ją parawanami z liści palmowych. (Wspomnę o niej przy okazji dokładnego opisu Maafushi).


Podróż motorówką trwa około 20 minut. Przy wejściu, należy uiścić opłatę za pobyt na wyspie. Na Biadhoo wstęp kosztuje 11 dolarów. Umawiamy się z na odbiór nas o godzinie 18 i zatapiamy się w zielonym buszu.



              

Ten ciemny pasek z przodu, to ławica malutkich rybek.

Pierwsze zetknięcie z prawdziwym malediwskim resortem, z bielutką plażą i przepięknym oceanem, robi na nas ogromne wrażenie. Cisza i spokój, w tle słychać tylko śpiewające ptaki, nie ma tłoku, nikt nie leży sobie na głowie, za parawanem z logo PKP. 



Wreszcie widzę na własne oczy to, co dotychczas znane mi było tylko z fotografii. Synonim raju na ziemi, spełnienia największych marzeń. Niedowierzanie, że to się dzieje na prawdę.



Zabijcie mnie, zanim ja to zrobię.... Na wyspie miałam 2 sprzęty fotograficzne: wodoodporny i lustrzankę. Do lustrzanki oba obiektywy, tulipany, wyczyszczoną kartę pamięci. Zabrakło tylko jednego małego szczegółu, który został podpięty do kontaktu w hotelu - baterii .... pierwszy raz zdarzyło mi się zapomnieć o baterii! Zdjęcia z kamery podwodnej, nie oddają zupełnie uroku wyspy. Część zdjęć robiłam też komórką. 






                                                         


Wszędzie, gdzie w wodzie pojawiają się ciemniejsze miejsca, znajduje się rafa koralowa. Pływa przy niej spora ilość przeróżnych gatunków rybek, we wszystkich kolorach tęczy. Niektóre uciekają, inne wręcz przeciwnie. Część ma sympatyczne wyrazy "twarzy", kolejne - niekoniecznie. Rurka i okulary powinny  być obowiązkowym elementem wyposażenia każdej walizki. Nie zapomnijcie też o butach. Można niechcący skaleczyć się ostrym koralowcem. 




Podaję dwa linki do moich filmików na tube: Rybki 1 i Rybki 2 . Ich jakość w ten sposób, jest o wiele lepsza.

Przed projekcją drugiego filmiku, proponuję popatrzeć przez 10 sekund w dal, następnie 5 razy energicznie zamrugać oczami. Sprzęt ten miałam po raz pierwszy w ręku, tak więc pierwsze ujęcia są maksymalną "trzęsirączką" :-) Później będzie już tylko lepiej.







Cisza i spokój dookoła. Słychać tylko ptaki i spadające kokosy.







Co rusz spotyka się młode palemki, zasadzone przez nowożeńców lub solenizanta, obchodzącego swe urodziny w trakcie urlopu na Malediwach. 







Dochodzimy do restauracji, wygląda na to, że w 20 minut można obejść całą wyspę dookoła. Zamawiamy kokosa i zimne piwo. 










Siedzi człek w 29 stopniowej wodzie, patrzy na palmy, błękit nieba i biały piasek, nasuwa mu się tylko jedno zdanie : chwilo trwaj i nigdy nie przestawaj.

P.S. Punktualnie o 18, czekaliśmy na motorówkę. Ale powrót opóźnił się. Trzeba było wrócić się na plażę, po Włochów .... 


UPDATE: Tak się jakoś złożyło, że od sierpnia 2013 jestem mieszkanką jednej z wysp na Malediwach :-) Zapraszam na mojego drugiego bloga, gdzie piszę o swoich perypetiach oraz wrzucam cenne wskazówki dla tych, którzy wybierają się na Malediwy

http://dziennikitypelka.blogspot.com/


11 komentarzy:

  1. ale ten ptaszek to nie sroka... sroka jest biało-czarna.... reszta bosko boska! Pozdrawiam Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, miało być wrona, pomyliło mi się ;) Już poprawiam.

      Usuń
  2. pięknie! rajsko! już za dwa miesiące też tam będę :-D :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. ja juz tez nie moge sie doczekac wyjazdu

      Usuń
  4. BYŁO CUDOWNIEEEE !!!!! :):):) RAJ NA ZIEMI

    OdpowiedzUsuń
  5. Na wycieczki można spokojnie wziąć lustrzankę, zostawić na plaży i iść popływać? U nas byłoby to raczej niemożliwe:) Masek z rurką nie mają w hotelu, trzeba własne zabrać?

    OdpowiedzUsuń
  6. Widziałam, że w moim hotelu mają rurki, okulary i płetwy w różnych rozmiarach, ale ja nie korzystałam bo miałam swoje. Co do lustrzanki, na Maafushi czy innych lokalnych wyspach spokojna głowa - możesz zostawić, nikt Ci niczego na pewno nie ukradnie, w resorcie tak samo, ale tubylcy radzili, aby rzucać okiem co jakiś czas na swoje rzeczy, bo za siebie mogą ręczyć, ale za innych turystów to już nie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. a jak się kształtują ceny w takiej knajpce?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie jest tanio, ale jakoś super drogo też nie.Piwo kosztuje w zależności od gatunku 5-6$, drinki 10, pizza od 8 za margerite, za 10 można zjeść na prawdę pyszną pizzę, np hawajską lub wegetariańską. Dania obiadowe od 15, frytki 5, sandwiche w granicach 10.

    OdpowiedzUsuń