Manager hotelu uświadomił mnie, że mi jako jedynej na całym świecie udało się zabukować pokój za 35 dolarów za noc :-) Z rozmowy z innymi gośćmi wynikało, że płacili od 70 nawet do 100 dolarów. W hotelu, a właściwie Guest Housie, mieści się 11 pokoi, jeden taras ze stolikami, gdzie jadaliśmy śniadania i drugi, bardzo przyjemny, na samej górze, z drewnianymi leżakami i parasolkami, do dyspozycji wszystkich gości. Przed wejściem też można posiedzieć przy stoliczkach i pohuśtać się w hamaku. Jako, że my za te 35 dolarów nie mieliśmy pokoju z balkonem, chodziliśmy wieczorami własnie na górę. O godzinie 18 oglądaliśmy bajkowy zachód słońca, a później gwieździste niebo, popijając z papierowych kubeczków do kawy, przygotowany w butelce po wodzie mineralnej dla niepoznaki drink, z alkoholu przywiezionego z Polski. Czasem dołączali do nas chłopcy z hotelu, przesympatyczni nastolatkowie, którzy zdradzili nam w jaki sposób organizują sobie alkohol. Otóż na Maafushi mieszka kilka osób, pracujących w resortach niedaleko wyspy, między innymi na Biyadhoo, z poprzedniego odcinka. Na wyspie znają się wszyscy, więc każdy jest znajomym każdego. I ci własnie znajomi, w tajemnicy przywożą z resortów każdy rodzaj alkoholu, jaki jest tylko możliwy. Alkohol jest towarem deficytowym, dlatego cena jego jest bardzo wysoka. I tak za butelkę wódki czy Martini przyjdzie im zapłacić od 100 do 150 zł. Niektórzy tworzą swoje własne mikstury, raz nas nawet poczęstowano. Było to okropne i wolę nie wiedzieć, co to dokładnie było. Smakowało jak spirytus, w którym moczyły się suszone kwiatki. W dodatku było ciepłe i miało oczy, jak rosół ... Chcielibyście widzieć tą konsternację przy załatwianiu tego pod płotem, za pazuchą ....
A oto hotel w swej krasie:
Każdy człowiek stając na naszej drodze, pozostawia na niej jakiś ślad. Ekipa z hotelu była nieodłącznym elementem tego wyjazdu. Każdy z nich, w mniejszy lub większy sposób przyczynił się do ukształtowania mojej opinii na temat mieszkańców i życia na wyspach. Ich obecność zatem, jest tu obowiązkowa.
Huzzein - odbierał nas pierwszego dnia z portu. Odpowiedzialny za relacje z turystami, negocjował dla nas ceny wycieczek. Przesiadywałam z nim do północy, rozmawiając o pierdołach i rzeczach ważnych i ciekawych. O Tsunami z 2004 roku, jak wyglądały zniszczenia na wyspie i o tym, że nikt na Maafushi wówczas nie zginął. O religii i muzułmankach (dziewczyna Huzzeina nie nosi chusty), o podejściu do homoseksualizmu (pojęcie im znane, ale nie praktykowane), o szkole, nauce języka (osobiście nie spotkałam tam osoby nie mówiącej po angielsku. Każdy dogadać się potrafi, nawet dzieciaki wspinające się po drzewie za owocami, pytają skąd jesteś i czy też chcesz owoca). Huzzein jest jednym z członków grupy Naagabaadhi, wykonującej tradycyjną malediwską muzykę.
Manager - więcej go nie było niż był, ale jak był, to przynajmniej reszta chodziła jak w zegarku.
W środku szef kuchni - dawno nie jadłam tak pysznego jedzenia. Ten młody chłopak z Bangladeszu, serwował prawdziwe arcydzieła. Wszystko starannie przygotowane, niczego nie żałował, składniki zawsze były świeże. Byłam tego naocznym świadkiem, gdy raz zamówiłam pizzę hawajską, po kilkunastu minutach nieśli ze sklepu świeżego ananasa. Gotować uczył się w Indiach, na statku.
Z tyłu kelner, też z Bangladeszu, mało mówiący po angielsku. Zna tylko podstawowe zwroty, jednak nadrabiał zaangażowaniem i solidną pracą. Ze skupieniem układał sztućce i podawał talerze :-) Baaardzo miły i poczciwy pan.
Ibrahim - ktoś w rodzaju prawej ręki managera. W trakcie naszego pobytu urodziło się mu szóste dziecko, pierwsza córka. Zapytany, czy cieszy się z takiego rozwiązania, odpowiedział, że woli chłopaków.
Room Boy - Ali. Mógłby wkładać w pracę więcej zaangażowania ;-) Żartowniś i śmieszek. Sprzedawał kuksańca przy nadarzającej się okazji.
Prawda, że uroczy ? :-)
Wyspa jest niezwykle kolorowa i radosna. Domy pomalowane na każdy możliwy kolor, pięknie współgrają z błękitem nieba i soczystą zielenią palm.
Szkoła
Sklepy
Na północno - zachodnim cypelku, stoi hotelik o nazwie White Shell. Przy nim mieści się plaża publiczna, oddzielona palmowymi parawanami. W ciągu 2 tygodni zaobserwować można było, jak poziom wody znacznie się podnosi. Na zdjęciach sprzed kilku miesięcy widać, że piasek sięgał do tych betonowych kamieni i stoją jeszcze palmy, po których dziś zostały już tylko korzenie.
Z plaży widoczna jest sąsiednia wyspa z resortem.
Te ciemniejsze miejsca na wodzie, to rafa koralowa, z dużą ilością kolorowych stworzeń. Zaglądałam do nich co dziennie.
Czasami rankiem, kiedy poziom wody był o metr niższy, niż po południu, w tym płytszym miejscu można było siedzieć, na suchym piasku. A ta co widać z przodu, to prawdopodobnie jest płaszczka :-) mijała nas kiedyś, jak siedzieliśmy w wodzie.
Lokalne piwo imbirowe, oczywiście bezalkoholowe. Smakowało jak świeży imbir i paliło w podniebienie.
Na całej plaży było mnóstwo małych krabów, takich z całym dobytkiem na grzbiecie i takich, bez domku. Te z muszelką poruszały się bardzo powoli, zaś te bez - w ułamku sekundy znikały w wykopanej przez siebie dziurze. Niektóre dołki były na prawdę duże, zmieściłaby się w nich noga do kolana. Pojawiały się na plaży tylko wtedy, kiedy nie było na niej nikogo. Można było dojrzeć czasem z daleka wielkiego kraba, który biegnie bokiem.
Stragan ze świeżymi kokosami, stał przed plażą w dzień i noc. Nie rzadko opuszczony przez swojego właściciela. Sprzedawca dostał się nam do mleczka kokosowego, wbił słomki i powiedział, że jak wypijemy, to go nam otworzy i przyrządzi do zjedzenia. W międzyczasie, kiedy smacznie popijaliśmy sok, muezzin zawezwał wiernych do modlitwy. Sprzedawca odjechał na swoim skuterze pod meczet, zostawiając cały utarg. Długo nie wracał. Jeden z mieszkańców, przypadkowy przechodzeń, widząc, że oczekujemy cierpliwie na obsłużenie, podszedł, otworzył nam kokosa i pokroił. Do stoiska podeszła zaciekawiona dwójka Włochów, też zakupili po kokosie. Chłopak sprzedał owoce, a pieniądze odłożył sprzedawcy do kasetki i poszedł dalej. To się nazywa zaufanie.
Kokosy kosztują 2 dolary za sztukę. W resorcie 3.
Soku z pomarańczowego kokosa jest więcej, ale ten z brązowego jest słodszy. I można zjeść jego zawartość.
Podczas mojej wizyty na wyspie, dwa razy miałam okazję widzieć w jaki sposób zdobywa się kokosy. Facet wchodzi z maczetą na palmę jak nie przymierzając - małpa, ścina kokosy, które spadają na ziemię. Lepiej nie stać wtedy w pobliżu.
Piękny zachód słońca z tarasu Leisure Boutique.
Naagaabadhi - zespół grający tradycyjną muzykę Bodu Beru. Taniec i muzyka przybyła na wyspy prawdopodobnie w XIX wieku, razem z afrykańskimi niewolnikami i jest ważną częścią kultury mieszkańców. Dwójka z prawej strony to własnie Firash i Huzzein. Okazało się, że chłopak od papierosa, poznany w pierwszy dzień, także tu występuje. Naagabaadhi bierze udział w konkursie Bodu Beru w Male, jako reprezentacja Maafushi. Na wyspie są trzy takie grupy: "nasza", dzieciaków i pracowników więzienia. Naagabaadhi jest zdecydowanie najlepsza :-) Chłopaki dają na prawdę czadu. Śpiewają w języku Dhivehi (urzędowy język na Malediwach). Piosenki są o miłości, o mężczyznach wypływających na łowy rybackie. Wieczorami występują za pieniądze w hotelach i pobliskich resortach.
Włosi bawili się doskonale. Opuścili występ przed ostatnią piosenką, ale tylko dlatego, że na 21 zamówione mieli Mangare ;-)
UPDATE: Tak się jakoś złożyło, że od sierpnia 2013 jestem mieszkanką jednej z wysp na Malediwach :-) Zapraszam na mojego drugiego bloga, gdzie piszę o swoich perypetiach oraz wrzucam cenne wskazówki dla tych, którzy wybierają się na Malediwy











































































































Jak się prezentowały śniadania hotelowe i jak wyglądała sprawa z obiadami poza hotelem? Jakieś restauracje, cokolwiek?
OdpowiedzUsuńŚniadanie smaczne, ale monotonne. Codziennie to samo, jajko sadzone, parówki, tosty, dżem, owoce. Później parówki zamienili na pyszną białą rybkę. Po południu można zamówić coś z karty, kucharz siedzi tam do wieczora i gotuje na prawdę przepysznie. Ceny - w 30 dolarach mogą zmieścić się spokojnie 2 osoby, za danie z sokiem ze swieżych owoców. Wspomniany Rehendi - oblegany, stąd pewnie długi czas oczekiwania na danie, jednak w Leisure jedzienie o wiele lepsze, a ceny te same :)
Usuńjest mozliwosc zjedzenia smacznych posilkow w knajpie Rehendi, po tej samej stronie co i plaza za parawanem. ceny podobne do polskich, smaczne swieze soki. Jednak trzeba sie wyczekac sporo na zamowiona potrawe.
OdpowiedzUsuńJa tam bym spała w tym hamaku na tarasie:), kładąc się spać i budząc się mając przed oczami raj.
OdpowiedzUsuń